Dziś jakieś takie myślenie retrospektywne mnie dopadło. A wszystko zaczęło się od tego, że moja młodsza córka wymaga ciągłego pilnowania, motywowania i czasami wręcz zmuszania do dbałości o urodę. O ile starsza córka z wielką ochotą i przyjemnością robi makijaż, to z takim samym entuzjazmem go zmywa, oczyszcza buzię, tonizuje, peelinguje, "maseczkuje", itp. Młodsza jeszcze nie ma tej werwy, zapału, entuzjazmu, a nawet i ochoty do wszystkich tych zabiegów. Widzę, że jej się zwyczajnie nie chce, nie ma ochoty na ten cały proceder, szkoda jej czasu, jest zbyt zmęczona, ale tez nie widzi problemu w tym, że wchodząc w okres dojrzewania jej cera zdecydowanie się "popsuła" i wymaga więcej starań niż kiedyś. Tłumacze jej, że to wszystko jest dla jej dobra i że dzięki temu będzie lepiej wyglądała, a jeśli nawet nie będzie lepiej, to dzięki tym zabiegom nie będzie gorzej. Tak w głębi serca - jako kobieta i matka - wiem po prostu jakie to ważne, żeby pewne nawyki wyrobić u kobiety w możliwie jak najwcześniejszym etapie jej życia. Zgodnie z maksymą: "Czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał..." Więc wyrabiam w tej mojej młodej kobietce pewne nawyki i przyzwyczajenia, tak aby dbałość o urodę była dla niej czymś oczywistym, prostym, zwykłym naturalnym, ale ze świadomością, że to zaprocentuje w przyszłości.
I tu naszły mnie te retrospektywne myśli...
Bo mnie tego wszystkiego mama nie nauczyła. Trochę to wynika z ustroju w jakim przyszło mi dorastać, a trochę z filozofii mojej mamy. Dlaczego wplątałam w to ustrój? Bo moje młodzieńcze lata przypadły na czasy PRL w Polsce, kiedy niczego nie było, sklepy świeciły pustkami i tak też wyglądały nasze mieszkania. W moim skromnym, prostym, może nawet biednym domu - jedynym kosmetykiem do pielęgnacji było... mydło i szampon do włosów. Gdyby 30 lat temu ktoś mi powiedział o żelu pod prysznic, odżywce do włosów, balsamie do ciała, czy mydle w płynie to nawet bym nie wiedziała jak to wygląda. Kiedyś był problem, żeby dostać papier toaletowy, a o podpaskach to mogłam sobie pomarzyć tylko. Zresztą o podpaskach to nawet marzyć nie mogłam, bo dość długo nie wiedziałam jak wyglądały.
Z drugiej strony nie miałam takich nawyków bo nie dostałam odpowiedniego przykładu z domu. Nie potrafię w pamięci z dzieciństwa i młodości odnaleźć obrazka, w którym moja mama dbała by o urodę. Nigdy nie widziałam, by się malowała lub choćby nawet stosowała jakikolwiek krem do twarzy. Zresztą u mnie w domu nigdy żadnego kremu nie dostrzegłam. Jedyne co było w szafce w łazience to ojcowski pędzel, maszynka i krem do golenia, oczywiście poza zapasem mydła, żyletek, waty i ligniny. Nie potrafię w mojej odległej pamięci przywołać jakiejkolwiek nazwy kremu lub choćby widoku pudełka, słoiczka itp. Jedyne co pamiętam to klasyczne Nivea w niebieskim opakowaniu, które widziałam tylko na półce w Pewexie, dostępne za dolary, a więc i tak nie dla nas. Ale do sklepu czasem z koleżankami wchodziłam, żeby zobaczyć jak wygląda inny świat.
Tak więc we wczesnej młodości - o ile moje nawyki higieniczne były całkiem ok - to zabiegi pielęgnacyjne były znikome, a może nawet żadne.
Przy twarzy zaczęłam cokolwiek robić, poza myciem, gdy pojawiły się pierwsze objawy trądziku. Pamiętam wygląd i zapach mydła dziegciowego, spirytus salicylowy oraz maść Benzacne, która niedokładnie zmyta - w kontakcie z ręcznikami, wywabiała kolor. To były moje jedyne "kosmetyki" pielęgnacyjne.
Malować się zaczęłam dopiero na studiach (przy wsparciu i zachęcie przyjaciółki). Dopiero wtedy pojawiły się u mnie pierwsze zakupy z tej linii. Na początku bardzo skromne zresztą - tusz, cienie, puder. Finito. Do szminek długo dojrzewałam. Zresztą do dziś używam rzadko. Po prostu źle się czuje gdy mam coś na ustach. Korektor, podkład, róż, kredka i inne takie tam pojawiły się u mnie w kosmetyczce dopiero gdzieś koło 30-tki, a nawet niektóre grubo powyżej tego wieku.
I tak samo ubogo było u mnie z pielęgnacją cery. Nie mając wyrobionego nawyku codziennego stosowania kremu do twarzy - przez długi czas nie stosowałam żadnych w ogóle.
Gdy gdzieś koło 30-tki, będąc z wizytą u kosmetyczki usłyszałam, że mam skórę młodszą niż wskazuje mój wiek i że nie ma sensu przyzwyczajać skóry do kremów przeciwzmarszczkowych zbyt wcześnie - tym bardziej poczułam się usprawiedliwiona w tym co robię, a raczej czego nie robiłam. Ale zwolnienie z kremów przeciwzmarszczkowych to jedno, a nawilżanie skóry to drugie. Ja niestety zawsze miałam cerę mieszaną, z silną tendencją do przetłuszczania się. I dlatego jak sięgam pamięcią wstecz zawsze moje zabiegi o ładny wygląd skupiały się na matowieniu skóry. Brak nawilżania przy jednoczesnym, ciągłym stosowaniu preparatów wysuszających - sprawiło, że trochę za bardzo przesuszyłam. swoją skórę na twarzy. Moja przygoda z kremami pielęgnacyjnymi do twarzy rozpoczęła się po 30-tce dopiero - zdecydowanie za późno. To samo dotyczy balsamów do ciała. A nawet i wówczas były to nieregularne spotkania z tymi kosmetykami. Kremy i balsamy używane od czasu do czasu, czyli sporadycznie, jak się przypomniało - wystarczały na bardzo dłuuugo. Czasem więc w koszu lądowało ponad pół niewykorzystanego opakowania, gdy uznawałam, że zbyt długo już jest otwarty. A myślę ze starym kosmetykiem możemy sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc, zwłaszcza, gdy ktoś ma wrażliwą skórę i skłonną do podrażnień.
Pewną regularność w tej materii (kremy i balsamy) w swoim życiu dostrzegam dopiero od momentu przekroczenia 40-tki. A i tu nawet nie jest to żelazna zasada. Właściwie to dopiero od jakiegoś czasu jestem systematyczna w tym zabiegu. I to raczej nie z powodu takiej sumienności w pielęgnacji, a bardziej z potrzeby. Otóż, po kąpieli mam tak suchą skórę na łydkach, że przez założeniem ubrania zawsze smaruje je balsamem. A przy okazji dostaną też trochę tej mazi inne partie ciała, tak po prostu, z rozpędu, albo dlatego, że za dużo mi się nałoży na rękę. :-) I tak samo jest z kremami do twarzy. Po umyciu żelem dostrzegłam, że skóra jest sucha, ściąga się, czułam to tak jakby nagle zrobiła się za mała na moją twarz. Więc zaczęłam smarować kremem. Weszło mi to tak w nawyk, że teraz bez kremu rano i wieczorem nie ma dnia. Niestety zdecydowanie za późno się tego nauczyłam. Bo dziś moja skóra na twarzy ma wyraźne oznaki zaniedbania. Ale w tej chwili jest to dla mnie coś tak zwykłego, oczywistego, naturalnego, jak czesanie włosów czy mycie zębów. I tego chce nauczyć córki. By miały ten nawyk wpojony zdecydowanie wcześniej niż ja. Z korzyścią dla nich.
Bo jak w piosence "uroda, uroda przemija jak woda..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz