piątek, 12 maja 2017

Po przerwie....

Długo mnie tu nie było. Minęły dwa miesiące. Planowałam w marcu jakiś wpis. Nawet przygotowywałam sobie coś w głowie, ale marzec obfitował w wyjazdy. Najpierw w połowie dwukrotnie wyjeżdżałam do Poznania na szkolenie. Później odwiedziłam tatę w szpitalu. Niestety  stan był na tyle ciężki, że od 7 tygodni noszę żałobę....... Stąd też ta przerwa.
Nie byłam w stanie pisać o kwiatkach, pierdołach i innych mało istotnych sprawach w zderzeniu z tym co się stało.
Dziś jest lepiej. Dobrze - to długo jeszcze nie będzie, a tak samo jak kiedyś - to już nigdy.
W głowie i w sercu na zawsze zostanie mi obraz taty na motorze i jego wyjątkowo udane żarty. 

Ale życie musi iść dalej, więc są dzieci, Luby, dom, praca, ogród... I to pozwala trzymać się w ryzach...
W drugi dzień Świąt Wielkanocnych byłam razem z córkami w Poznaniu u syna.
Następne dwa tygodnie spędziłam w pracy prawie od rana do wieczora. I tak oto zrobił się maj.

Wyjątkowo spóźniona jest ta wiosna w tym roku. W kwietniu dwukrotnie były na tyle silne nocne przymrozki, że nowe pąki róż i hortensji szlag trafił. Mam nadzieję, że rośliny poradzą sobie z tym i wypuszczą nowe przyrosty.
Potem było cały czas zimno, mokro i wietrznie. Już dawno po maturach, a kasztany nadal nie kwitną. Jeszcze do wczoraj chodziłam w zimowej kurtce.
Dziś mamy prawie połowę maja i w końcu jest ciepło.

Pomimo bardzo zimnej wiosny i sporego opóźnienia w pracach ogrodowych udało mi się trochę nadrobić zaległości w czasie majówki, która była na szczęście okraszona stosunkowo ładną pogodą. Wiało mocno, ale wiatr nie utrudnia mi pracy aż tak bardzo jak deszcz i błoto. 

Ponoć ma być wyjątkowo ciepły weekend, więc postaram się go spędzić w ogrodzie. Teraz gdy nie ma taty, tym bardziej lubię tam być i pracować, bo wydaje mi się że jestem bliżej niego. On też miał działkę i bardzo kochał ten swój kawałek ziemi. To nas łączy, choć nasze koncepcje ogrodowe są odmienne, bo tata praktycznie nie miał ani kawałka trawnika, tylko drzewa, krzewy owocowe, truskawki i wszędzie gdzie się dało warzywa. Z własnego ogródka mieliśmy pomidory, ogórki, buraki, cebulę, pietruszkę, seler, marchewkę, kapustę, rzodkiewki, fasolkę, jarmuż. A wszystko w ilościach prawie hurtowych. Tata nie umiał posiać trochę. Na szczęście w altance była piwniczka i tam przechowywał skrzynki pełne płodów ogrodowych, które wystarczały nam na całą zimę i wiosnę, aż do kolejnych plonów. O kwiaty raczej nie dbał, jeśli były to były. Nowe sadziła, a potem o nie dbała mama.

Mój ogród jest zdecydowanie bardziej rekreacyjny. Warzyw zero. Jedynie jabłonie, wiśnie, grusza, krzewy porzeczkowe. Tyle w spadku po poprzednikach. Ja dosadziłam truskawki, borówki, agrest, maliny. No i mam dużo kwiatów.

W tym roku u mnie pojawiły się także nowe nasadzenia. Kolejne trzy borówki, berberys, krzewuszki, rododendron, kaliny, kolejne hortensje. A od miłego sąsiada Pana Michała otrzymałam lilaka. On porządkował swoje rabatki przy płocie i wykopał nowe małe odrosty. A że ja jestem "na dorobku" więc biorę co dają. Przyjęłam z radością, nawet nie pytając jaki ma kolor to cudo. Niech będzie niespodzianka. Udało mi się też pomalować bejcą moją ubiegłoroczną przybudówkę na narzędzia. Nabrała całkiem szlachetnego koloru. Rozszalałam się również z ogrodzeniami. Takimi małymi. Bowiem otoczyłam rollborderami co się tylko dało - rabaty kwiatowe, kącik kwaśnolubny (hortensje, rododendrony, azalie, wrzosy), krzewy owocowe, pola funkiowe wokół drzew. No i walczę z mleczem. To raczej syzyfowa praca. Ale wybaczam mu wszędobylstwo za ten słodki kolor.

W tegorocznych planach na schyłek wiosny i początek lata mam postawienie wiaty na miejscu dawnej szklarni. Miała się pojawić już w tamtym roku, ale jakoś się nie udało. Powstała narzędziówka.
Z tytułu śmierci taty dostałam z ubezpieczenia pewną kwotę. Nie są to jakieś duże pieniądze, ale pojawiły się niespodziewanie i poza planem na ten rok. Szczerze mówiąc to są niechciane. Wolałabym ich nie mieć, by mieć nadal ojca. Postanowiłam, że tę kwotę zainwestuję w ogród, w wiatę, rośliny, itp. Sprawię, że będzie tam jeszcze ładniej i jeszcze chętniej i więcej czasu będziemy tam spędzać. Bo właśnie tam moje myśli najczęściej biegną do Niego.

Nasze wielkanocne  poznańskie wspomnienia....

Restauracja w której pracuje mój syn

na tym osiedlu mieszka
otoczenie na przystanku tramwajowym
szkoda tylko, że nie było godz. 12 i koziołków
w tym uroczym miejscu jedliśmy obiad









A tu już migawki z ogródka
 







 

      

 


Ogródki działkowe pod różnym niebem... zdecydowanie bardziej wolimy to drugie
 


 Grad w połowie kwietnia, choć później padał tez 9 maja razem ze śniegiem
 
 
 Mój tort urodzinowy upieczony przez moją starszą córkę w asyście młodszej


sobota, 4 marca 2017

Czucie i wiara silniej mówi do mnie ..... czyli o intuicji




Ten obrazek i tekst najlepiej odzwierciedla moje rozterki przy podejmowaniu decyzji....
Bo ja taka już jestem, i przyznać się do tego muszę, że nie lubię podejmować jakichkolwiek decyzji. Lubię sprawy proste, jednoznaczne, jednokierunkowe, w których rozwiązania pojawiają się same. Wolę, żeby sprawy rozwiązywały się same, bez mojej ingerencji, wolę żeby życie samo podsuwało mi konkretne rozwiązania, bez konieczności wybierania.
Bo tak naprawę przy decydowaniu o to wybieranie się rozchodzi najbardziej, a jeszcze bardziej o rozczarowanie mi chodzi.

No to po kolei....
Spośród wszystkich niemiłych emocji i uczuć (celowo nie używam słowa" złych", bo psychologowie uczą że nie ma złych uczuć) najtrudniej znoszę krytykę i rozczarowanie. Całkiem dobrze np radzę sobie ze złością, smutkiem itp.
Ale krytyka oznacza że coś zrobiłam źle. A ja lubię być perfekcyjna, dokładna, służyć wręcz za wzór. No to jak się ma skrytykowanie mnie do mojego dążenia do ideału??

Ale wracam do rozczarowania.
Nie lubię go, nie znoszę i unikam jak przysłowiowy diabeł święconej wody. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak jest od zawsze, jeśli pamięcią sięgam w przeszłość. Kiedy czuję rozczarowanie? Kiedy się czegoś spodziewam, oczekuje, zaplanuje i ... tego nie dostaje lub nie wychodzi. Boli bardzo... Wściekam się, czasem martwię, jestem przygnębiona, smutna, czasem nawet płaczę. Proszę więc ile uczuć wyzwala.
Dlatego nie lubię decydować, zwłaszcza gdy niesie to za sobą ryzyko niepowodzenia. Boję się podjęcia złej decyzji, a co za tym idzie potencjalnej porażki, no i później związanego z tym rozczarowania....
Gdy coś nie wychodzi, zwłaszcza gdy jest to konsekwencją mojego złego wyboru, mam zawsze ogromny żal do siebie, że tak, a nie inaczej postąpiłam.

A co to wszystko ma wspólnego z powyższym obrazkiem i tytułową intuicją?
Otóż to, że jeśli już muszę zadecydować i innego wyboru nie ma - to kieruje się przeczuciem, sercem, intuicją. Podejmuję decyzję sama, choć słucham rad innych, o ile oczywiście wiedzą, że mam jakieś rozterki. Bo zazwyczaj nie dziele się problemami. Jeśli już o nich mówię, to dopiero wtedy, gdy są już rozwiązane.
Wierzę w intuicję, przeczucie, tzw. szósty zmysł. I jakoś nigdy mnie nie zawiodły.

Oczywiście dopuszczam do głosu zdrowy rozsądek, zwłaszcza że ja jestem, a przynajmniej za taką się uważam, osobą niezwykle rozważną, roztropną, rozsądną... Wypadałoby dać prawo głosu również mądrości i doświadczeniu życiowemu, ale czy w wieku czterdziestuparu lat można mówić już o mądrości życiowej....???
A tak a'propos śmieszy mnie zawsze gdy jakąś dwudziestoparolatka wypowiada się, że "z jej życiowego doświadczenia....... ".
Matko Kochana! A jakiż to można mieć "bagaż życiowy" w tym wieku?
No więc, wg mnie, mądrość życiową to mogą mieć ludzie w sędziwym wieku i to oni mają prawo z tej mądrości korzystać przy udzielaniu rad.
A na zakończenie to mam jeszcze jedną zasadę.
O ile czas nie nagli to wstrzymuję się zawsze z podjęciem decyzji do czasu aż rozwieją się wszystkie  wątpliwości. Czyli dopóki nie jestem pewna.


czwartek, 2 marca 2017

Polacy nie gęsi.... o języku i gwarze

Mam bzika na punkcie języka (języka ojczystego, oczywiście)

Jestem typową humanistką, Nigdy nie miałam w szkole problemów z tymi przedmiotami, za to matematyka, fizyka to już nie moja bajka. Gdzieś pomiędzy nimi usytuował się dział przyrodniczy, z moją ukochaną geografią i równie bliską sercu biologią.
Ale jak na humanistkę przystało dbam o poprawność mojego języka zarówno w piśmie, jak i w mowie. Jestem wymagająca wobec siebie, ale też wobec innych. Mam alergię na ludzi, którzy robią błędy ortograficzne, gramatyczne, stylistyczne, kaleczą język przekleństwami, jakimiś dziwnymi tworami i obcymi naleciałościami. Oczywiście jestem w tym względzie wyjątkowo wyrozumiała i tolerancyjna i potrafię zrozumieć, że nie każdy ma dar... I właśnie dlatego ogromnym sentymentem darzę ludzi, którzy pięknie piszą, budują ładne zdania, bez błędów, z zastosowaniem rożnych środków.

"Piszesz jak kura pazurem"
W dzisiejszych czasach, w dobie pisania na klawiaturze, rzadko kto ma piękny charakter pisma. Kaligrafia. Ponoć kiedyś był taki przedmiot w szkole. Kiedyś dużo pisano, listy, podania, referaty, wypracowania. Opracowanie tematu wymagało posiadania bogato wyposażonej prywatnej biblioteczki lub wizyty w publicznej bibliotece i przepisywania potrzebnych informacji. A trening czyni mistrza. Jakże pięknie pisały nasze babcie i mamy. Ja też mam ładny charakter pisma. Ale moje córki już niekoniecznie....
W nawiązaniu do wspomnianej biblioteki to w naturalny sposób kojarzy mi się to słowo z książką. A jak książka to czytanie. Zdecydowanie za mało czytamy. Film podsuwa gotowy obraz, a czytanie zmusza wyobraźnię do pracy. A w odniesieniu do języka czytanie pozwala na poznanie nowych słów, wyrabia poprawność ortograficzną. Jest pewna mała prawidłowość, że ludzie którzy od dziecka dużo czytają, pięknie mówią i piszą. Chodzi tu o bogate słownictwo, umiejętność wykorzystywania metafor, przenośni, epitetów, ....

"Mowa jest srebrem, a milczenie złotem"
Czasem więc lepiej przemilczeć co nieco, niż kłapać dziobem lub pleść ozorem.
Złości mnie strasznie takie gadanie bez ładu i składu, np. używanie słów, które nijak nie pasują do kontekstu rozmowy, a wszystko przez to, że często nie znamy ich znaczenia, a używamy - bo ostatnio modne są albo usłyszeliśmy i się spodobało, bo tak mądrze to brzmi.

"Polacy nie gęsi też swój język mają"
Już wieki temu zostało to powiedziane. Dlaczego o to nie dbamy? Dlaczego na siłę wtrącamy do naszego języka (tak bogatego przecież!) słowa w innym języku? Oczywiście nie chodzi mi tu o nazwy powszechni przyjęte i ogólnie stosowane typu "hot dog", bo przecież nikt nie zamówi na stacji "buły z parówą". Mam na myśli raczej mowę potoczną, raczej w kręgach młodych, którzy wszędzie popisują się swoją znajomością języka angielskiego. .... hello.... nice...... of course..... Do tego stopnia, że czasami trochę wręcz przesadzają. Mam takiego znajomego, który czasami w smsie potrafi mi coś wtrącić po angielsku, choć wiele razy mu mówiłam, że to mi się nie podoba. Pomijając już istotny fakt, że nie rozumiem co mówi, bo nie uczyłam się tego języka. Nie pomaga. Chyba go to bawi. Zachowanie z gatunku niegrzecznych. No cóż, mówiąc pięknie po polsku - burak jeden.... :-)

Boli mnie też to, że brudzimy wypowiadane słowa licznymi przekleństwami, które już tak mocno wtopiły się w mowę, że traktujemy je jak przecinki.
Choć przyznać muszę, że niektóre przekleństwa są takie mocno polskie. "Kur..... mać" zostało nawet wykorzystane w filmach obcej produkcji, gdzie wpleciony był polski wątek i dla podkreślenia i uzyskania efektu aktorzy grający Polaków wypowiadali owo polskie przekleństwo. Jednak przyznam szczerze, że chyba tylko Polacy potrafią je tak pięknie wypowiadać. W ustach obcokrajowca nie brzmi to tak efektownie....

No i gwara. Temat rzeka. Oczywiście w odniesieniu do mojego życiorysu. Kiedyś zupełnie to zagadnienie mnie nie interesowało. Wychowana na Wielkopolsce, w domu gdzie gwara była i jest po dziś dzień, choć wtedy nawet nie wiedziałam że to gwara. Moja mama, typowa miejska dziewczyna, też humanistka z zacięciem do pisania i czytania, mówiła raczej poprawną polszczyzną. To ojciec, wiejski, prosty chłopak, wplatał co chwilę gwarowe słowa. W domach babć i dziadków "ryczki", "tytki", "wiara" były na porządku dziennym. Ale wtedy jakoś mnie to nie drażniło. Mimo, że znałam wiele słów w gwarze wielkopolskiej, to mówiłam zawsze w języku, hm... urzędowym, bez naleciałości. Chociaż często poprawiłam innych, twierdząc, np. że to "tej" to jakieś takie niegrzeczne jest.
A potem los pognał mnie nad morze. I tu zostałam. Tu nie ma gwary. To są ziemie odzyskane po wojnie, zasiedlane ludnością z rożnych zakątków Polski i dlatego jest tu mieszanina wszystkiego. Tutaj już zawsze używałam tylko poprawnej polszczyzny, bez żadnych naleciałości. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy któregoś dnia mąż powiedział, że jak rozmawiam z mamą przez telefon, to mówię zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Czyli jak? Ano z innym akcentem. Czyli okazuje się, że walcząc z moją gwarą wielkopolską poległam. Bo cóż z tego, że nigdy nie stosowałam słownictwa z gwary, skoro mówiłam z akcentem z Pyrlandii.

Mój syn mieszka w Poznaniu około pół roku, a już podchwycił parę słówek z gwary. I zachwyca się nimi. Cóż za paradoks. Ja się kiedyś wstydziłam mojego wielkopolskiego zaciągania przy dzieciach, a teraz on uważa to za atrakcję regionalną.

Dziś uważam, że gwara to coś fantastycznego. Co roku jeżdżę w Tatry i lubością słucham jak każdy tam mówi "po góralsku", nie tylko gaździna, ale też pani na kasie w Biedronce, a nawet dzieci w autobusie wracające ze szkoły. Inne gwary też są piękne. Choć ja w swoim życiu największy kontakt mam tylko z dwiema.
Swojej gwary kiedyś się wstydziłam. Uważałam, że to obciach mówić tytka zamiast torebka (papierowa). Choć na co dzień nadal tak nie mówię, to mam sentyment do mojej gwary. Doskonale wiem co oznaczają słowa w gwarze wielkopolskiej. Wzruszam się, gdy słyszę gdzieś szabelek, redyski, haczki, ryczki, tytki, wiara, macochy, angryst, chęchy. To ostatnie słowo mój ojciec wypowiada w szczególny sposób. Chęchy to zarośla, taki dzicz. "I po co tam wlazłaś w te ch(yę)chy" -  słyszałam czasami jako mała dziewczynka. No właśnie, ta druga głoska była wymawiana tak pomiędzy "y" a "ę". Trudne do wytłumaczenia. Ale proste do wypowiedzenia. Dla mnie. Bo ja przecież też Pyra jestem.

piątek, 24 lutego 2017

Idzie luty, podkuj buty

Pogoda jak to w lutym - zimowa. 
Bo przecież w naszej szerokości geograficznej 
najbardziej zimowy jest styczeń i luty właśnie. 
I dziwi mnie więc, że niektórzy się dziwią i narzekają, że śnieg jeszcze pada. 
A kiedy ma padać? 
W marcu lub kwietniu?
Pamiętam Wielkanoc, gdy chroniłam koszyczek ze święconką, 
żeby mi do niego śnieg nie napadał w drodze do kościoła.  
Przecież tego nie chcemy. 
I nie chcemy, żeby śnieg padał, 
gdy przyroda się obudzi i strzeli pąkami.
Osobiście uważam, że lepiej niech teraz pada!
 I to mocno i dużo i długo. 
Niech niebo wysypie wszystko co musi, 
tak aby wraz z początkiem kalendarzowej wiosny była wiosna! 
A chce mi się jej już, oj chce. 

Tęsknię już bardzo za ogródkiem. I wcale nie chodzi o leniuchowanie w nim. Ja tęsknię za jego urządzaniem, pielęgnowaniem, dopieszczaniem. Tak już mam, że jak czegoś chcę i coś sobie umyślę mieć, to najbardziej cieszy mnie tworzenie tego.
Fajnie jest mieć piękny ogród i móc w nim wypoczywać oraz cieszyć zmysły cudnymi widokami, zapachami, odgłosami. Ale nie umiałabym się w pełni tym cieszyć, gdyby to nie było moje dzieło. Bo największą radość daje mi poczucie, że to efekt moich starań i pracy. Dlatego przygarnęłam tak zaniedbany ogród, bo tu musiałam wszystko zaczynać od podstaw.
29 kwietnia miną dwa lata jak go przysposobiłam i stopniowo oswajam. Dwa lata to dużo, ale dla ogrodu wcale nie aż tak bardzo. Rośliny potrzebują czasem kilku lat, żeby się ładnie rozrosnąć. Zwłaszcza, że w pierwszym sezonie zaczęłam moją ogrodniczą działalność dopiero w maju, więc na niektóre prace typowo wczesnowiosenne było za późno. Poza tym w pierwszym roku skupiłam się na przyglądaniu i oswajaniu z ogrodem. Bo najpierw trzeba w jakimś miejscu pobyć, poczuć je, by łatwiej potem podejmować decyzje dotyczące aranżacji i uniknąć tych nietrafionych.
To tak jak z mieszkaniem. Dostajemy nowe, remont, przeprowadzka, szybkie meblowanie, oczywiście wówczas w naszej ocenie najlepsze i najtrafniejsze. Jednak dopiero gdy jakiś czas pomieszkamy zaczynamy dostrzegać, że lepiej gdyby kanapa stała po drugiej stronie, a może komoda przy ścianie pod oknem, itp. Wg mnie tak samo jest z ogrodem.
Ja po roku już wiedziałam, którędy najczęściej chodzę i już wiedziałam, że tam nie będę niczego sadzić, bo te szlaki moich wędrówek same z siebie wyznaczyły zarys alejek. Poznałam tez miejsca, gdzie jest więcej słońca, a gdzie więcej cienia. To ważne ze względu na rośliny światło- lub cieniolubne.
W pierwszym sezonie moim najbardziej widocznym przedsięwzięciem było utworzenie "pola truskawkowego" oraz uporządkowanie rabaty przy wejściu, "od frontu." Oczywiście zrobiłam wiele innych rzeczy, ale te najbardziej były zauważalne dla postronnych.
Drugi sezon to powstanie funkiowych obwódek, rabaty różanej, szopki narzędziowej, zlikwidowanie starej szklarni i obsadzenie jej fundamentów winobluszczem i clematisami.  Kiedyś (mam nadzieję, że jeszcze w tym roku) powstanie tu kącik wypoczynkowy.

Tak bym już chciała pójść na wagary z pracy i poświecić sporą część dnia na prace w ogrodzie. To moja terapia. Wiele osób się dziwi, że po co mi ten ogród, że przecież mam tyle innych obowiązków, ze powinnam odpocząć. Ależ ja tam odpoczywam!! Nawet gdy pracuje. A może właśnie podczas tej pracy to najbardziej. Bo leniuchowanie nie jest zajęciem, które sprawia mi przyjemność. To może taka wersja ADHD dla dorosłych?? Bo ja cały czas muszę być w ruchu, cały czas coś robić, cały czas mieć zajęte ręce. Lubie mieć dzień wypełniony po brzegi robotą. Nicnierobienie utożsamiam z marnowaniem czasu. Oczywiście umiem znaleźć złoty środek, bo czasem i film (dobry) obejrzę i książkę poczytam. Czyli czas nie jest zmarnowany, bo to jest inwestowanie w rozwój duchowy.

Myślę już powoli o moich tegorocznych inwestycjach ogrodniczych. Myślę o zagospodarowaniu terenu po szklarni. Jeśli moje pnącza urosną to będą potrzebowały podpory. Trzeba było się zapoznać z kosztami na ten rok, żeby odpowiednio zaplanować budżet :-) Odwiedziłam więc dział ogrodniczy w Castoramie. To jedyny tego typu sklep w moim ponoć dużym mieście. Nie ma tu Obi, Brico, Leroy Merlin czy Ikei. Mamy też centra ogrodnicze, ale tam są jedynie rośliny i szczerze mówiąc tam je lubię kupować, bo jakościowo dobre i wybór większy, choć ceny mniej korzystne niż w sieciówkach.
Tak więc rozeznanie cenowe mam, a przy okazji kupiłam kilka doniczek mrozoodpornych z przeceny. Przydadzą się. Jak nie w ogródku to na parapety w domu. Już obmyślam, co tam posadzę.

Za oknem znów biało. 
A ja wprowadziłam trochę wiosny do domu.  






czwartek, 16 lutego 2017

Byle do wiosny...

Połowa lutego już za nami. Faza mrozów minęła. Oby bezpowrotnie.
Od początku tygodnia w ciągu dnia mamy prawdziwie wiosenną aurę. Wczoraj mój termometr w aucie pokazywał 15 stopni. Jednak w nocy nadal mocno mrozi, co widać każdego ranka na szybach aut.

Migawki z minionego tygodnia.

W piątek po pracy zawiozłam starszą córkę na rekolekcje. Wieczorem babskie spotkanie połączone z tańcami. Było super.

Sobota do południa w pracy. Potem kuchenne rewolucje razem z najmłodszą. A wieczorem maraton z hobbitem (seans filmowy).

W niedzielę od rana ciąg dalszy kuchennych dywagacji, potem wycieczka po córkę i wizyta na dworcu PKP - przyjazd syna. Przy okazji, czekając na przyjazd pociągu, w dworcowym sklepiku z prasą zakupiłam pierwsze ogrodnicze gazetki. Już przygotowuję się mentalnie do prac wiosennych na działce.

W niedzielę zaliczyłam też eksperyment z pizzą. Przy wałkowaniu całkiem przypadkiem wyszedł mi kształt serca. No i dobrze. Uznaliśmy, że to z okazji już zbliżających się walentynek, a poza tym w domu święto, bo syn przyjechał akurat tego dnia.



W poniedziałek synuś zaprosił mnie po pracy na obiad do naszej dobrej (i niestety drogiej) włoskiej restauracji. Mamy ich tu kilka w naszym mieście, ale ta jest jedną z dwóch lepszych, które testowałam. Poza tym przez kilka miesięcy po maturze syn pracował tam jako kelner, więc niejako "od kuchni" zna to miejsce i jestem pewna wysokiej jakości. Spędziliśmy urocze 1,5 godziny mając czas tylko dla siebie i mogąc spokojnie przedyskutować wiele rożnych spraw. 
Przy okazji muszę nieskromnie przyznać, że dobrze wychowałam swoje dziecko. Już parę dni wcześniej zapytał mnie czy mam plany na poniedziałkowe popołudnie i czy mogłabym kawałek tego dnia zarezerwować dla niego. Odpowiednio wcześnie zarezerwował stolik i to na taką godzinę, abym zdążyła wrócić z pracy i miała jeszcze chwilę na jakieś małe ogarnięcie. Mój młody mężczyzna ubrał na tę okoliczność koszulę, by nadać temu spotkaniu eleganckiego wymiaru. Do tego pyszne jedzonko i nawet deser. Czułam się naprawdę wyjątkowo. 


Wtorek czyli walentynki zupełnie inne niż zazwyczaj.

Uczciłam to święto wizytą w ogródku.

Ziemia jeszcze zmarznięta. A poza tym wszystko ok. Oczywiście sporo jest do posprzątania po zimie i sporo do zrobienia. Ale to akurat mnie cieszy. Lubię przebywać na świeżym powietrzu. A im więcej jest do zrobienia, tym więcej czasu tam będę mogła spędzać.
Zrobiłam parę zdjęć. Szczególnie drzewom, bo muszę przemyśleć temat przycięcia owocowych. Dwie jabłonki są duże i gęste. Chce je przerzedzić. Nie potrzebuje aż tylu jabłek, szczególnie gdy są tak małe.
 jedna jabłonka

 i druga tzw. papierówka

śliwa
 grusza

orzech włoski

Wczorajsza środa, dzięki urlopowi w połowie wymiaru dniówki oraz dzięki przepięknej pogodzie była cudownym dniem. Wybrałam się do Kołobrzegu. Zrobiłam mały rekonesans w Brico, którego u nas nie ma oraz odwiedziłam hurtownię ze wszystkim prawie czyli Mirpol. Wróciłam do domu z nowym ręcznikiem i ściereczkami oraz pięknym storczykiem, które uwielbiam. 


Wieczór spędziłam z Lubym, a nawet zostałam na noc. Teraz, gdy są ferie mogłam sobie na to pozwolić w środku tygodnia, bo nie muszę rano robić kanapek i pędzić z najmłodszą do szkoły. 

Tak więc dzisiejszy, wspólny poranek był wyjątkowo miły. 
I ten dzień jest dziś dodatkowo umilony wpływem "13" na konto.
 I jeszcze znów pięknie świeci słonko. 
I jeszcze przyszła paczka - plecaczek, torebki i kilka sweterków. 

A za tydzień Tłusty Czwartek :-)

Z utęsknieniem czekam na marzec, i choć wiem że w tym miesiącu mogą się zdarzyć jeszcze mrozy, a nawet i śnieg - to wierzę głęboko, że wiosna blisko, bo jest to miesiąc kalendarzowo zaliczany jako wiosenny. 
W końcu 21 marca pierwszy dzień wiosny!!!

środa, 8 lutego 2017

Uroda jak woda

Dziś jakieś takie myślenie retrospektywne mnie dopadło. A wszystko zaczęło się od tego, że moja młodsza córka wymaga ciągłego pilnowania, motywowania i czasami wręcz zmuszania do dbałości o urodę. O ile starsza córka z wielką ochotą i przyjemnością robi makijaż, to z takim samym entuzjazmem go zmywa, oczyszcza buzię, tonizuje, peelinguje, "maseczkuje", itp. Młodsza jeszcze nie ma tej werwy, zapału, entuzjazmu, a nawet i ochoty do wszystkich tych zabiegów. Widzę, że jej się zwyczajnie nie chce, nie ma ochoty na ten cały proceder, szkoda jej czasu, jest zbyt zmęczona, ale tez nie widzi problemu w tym, że wchodząc w okres dojrzewania jej cera zdecydowanie się "popsuła" i wymaga więcej starań niż kiedyś. Tłumacze jej, że to wszystko jest dla jej dobra i że dzięki temu będzie lepiej wyglądała, a jeśli nawet nie będzie lepiej, to dzięki tym zabiegom nie będzie gorzej. Tak w głębi serca - jako kobieta i matka - wiem po prostu jakie to ważne, żeby pewne nawyki wyrobić u kobiety w możliwie jak najwcześniejszym etapie jej życia. Zgodnie z maksymą: "Czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał..." Więc wyrabiam w tej mojej młodej kobietce pewne nawyki i przyzwyczajenia, tak aby dbałość o urodę była dla niej czymś oczywistym, prostym, zwykłym naturalnym, ale ze świadomością, że to zaprocentuje w przyszłości.
I tu naszły mnie te retrospektywne myśli...
Bo mnie tego wszystkiego mama nie nauczyła. Trochę to wynika z ustroju w jakim przyszło mi dorastać, a trochę z filozofii mojej mamy. Dlaczego wplątałam w to ustrój? Bo moje młodzieńcze lata przypadły na czasy PRL w Polsce, kiedy niczego nie było, sklepy świeciły pustkami i tak też wyglądały nasze mieszkania. W moim skromnym, prostym, może nawet biednym domu - jedynym kosmetykiem do pielęgnacji było... mydło i szampon do włosów. Gdyby 30 lat temu ktoś mi powiedział o żelu pod prysznic, odżywce do włosów, balsamie do ciała, czy mydle w płynie to nawet bym nie wiedziała jak to wygląda. Kiedyś był problem, żeby dostać papier toaletowy, a o podpaskach to mogłam sobie pomarzyć tylko. Zresztą o podpaskach to nawet marzyć nie mogłam, bo dość długo nie wiedziałam jak wyglądały.
Z drugiej strony nie miałam takich nawyków bo nie dostałam odpowiedniego przykładu z domu. Nie potrafię w pamięci z dzieciństwa i młodości odnaleźć obrazka, w którym moja mama dbała by o urodę. Nigdy nie widziałam, by się malowała lub choćby nawet stosowała jakikolwiek krem do twarzy. Zresztą u mnie w domu nigdy żadnego kremu nie dostrzegłam. Jedyne co było w szafce w łazience to ojcowski pędzel, maszynka i krem do golenia, oczywiście poza zapasem mydła, żyletek, waty i ligniny. Nie potrafię w mojej odległej pamięci przywołać jakiejkolwiek nazwy kremu lub choćby widoku pudełka, słoiczka itp. Jedyne co pamiętam to klasyczne Nivea w niebieskim opakowaniu, które widziałam tylko na półce w Pewexie, dostępne za dolary, a więc i tak nie dla nas. Ale do sklepu czasem z koleżankami wchodziłam, żeby zobaczyć jak wygląda inny świat.
Tak więc we wczesnej młodości - o ile moje nawyki higieniczne były całkiem ok - to zabiegi pielęgnacyjne były znikome, a może nawet żadne.
Przy twarzy zaczęłam cokolwiek robić, poza myciem, gdy pojawiły się pierwsze objawy trądziku. Pamiętam wygląd i zapach mydła dziegciowego, spirytus salicylowy oraz maść Benzacne, która niedokładnie zmyta - w kontakcie z ręcznikami, wywabiała kolor. To były moje jedyne "kosmetyki" pielęgnacyjne.
Malować się zaczęłam dopiero na studiach (przy wsparciu i zachęcie przyjaciółki). Dopiero wtedy pojawiły się u mnie pierwsze zakupy z tej linii. Na początku bardzo skromne zresztą - tusz, cienie, puder. Finito. Do szminek długo dojrzewałam. Zresztą do dziś używam rzadko. Po prostu źle się czuje gdy mam coś na ustach. Korektor, podkład, róż, kredka i inne takie tam pojawiły się u mnie w kosmetyczce dopiero gdzieś koło 30-tki, a nawet niektóre grubo powyżej tego wieku.
I tak samo ubogo było u mnie z pielęgnacją cery. Nie mając wyrobionego nawyku codziennego stosowania kremu do twarzy - przez długi czas nie stosowałam żadnych w ogóle.
Gdy gdzieś koło 30-tki, będąc z wizytą u kosmetyczki usłyszałam, że mam skórę młodszą niż wskazuje mój wiek i że nie ma sensu przyzwyczajać skóry do kremów przeciwzmarszczkowych zbyt wcześnie - tym bardziej poczułam się usprawiedliwiona w tym co robię, a raczej czego nie robiłam. Ale zwolnienie z kremów przeciwzmarszczkowych to jedno, a nawilżanie skóry to drugie. Ja niestety zawsze miałam cerę mieszaną, z silną tendencją do przetłuszczania się. I dlatego jak sięgam pamięcią wstecz zawsze moje zabiegi o ładny wygląd skupiały się na matowieniu skóry. Brak nawilżania przy jednoczesnym, ciągłym stosowaniu preparatów wysuszających - sprawiło, że trochę za bardzo przesuszyłam. swoją skórę na twarzy. Moja przygoda z kremami pielęgnacyjnymi do twarzy rozpoczęła się po 30-tce dopiero - zdecydowanie za późno. To samo dotyczy balsamów do ciała. A nawet i wówczas były to nieregularne spotkania z tymi kosmetykami. Kremy i balsamy używane od czasu do czasu, czyli sporadycznie, jak się przypomniało - wystarczały na bardzo dłuuugo. Czasem więc w koszu lądowało ponad pół niewykorzystanego opakowania, gdy uznawałam, że zbyt długo już jest otwarty. A myślę ze starym kosmetykiem możemy sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc, zwłaszcza, gdy ktoś ma wrażliwą skórę i skłonną do podrażnień.
Pewną regularność w tej materii (kremy i balsamy) w swoim życiu dostrzegam dopiero od momentu przekroczenia 40-tki. A i tu nawet nie jest to żelazna zasada. Właściwie to dopiero od jakiegoś czasu jestem systematyczna w tym zabiegu. I to raczej nie z powodu takiej sumienności w pielęgnacji, a bardziej z potrzeby. Otóż, po kąpieli mam tak suchą skórę na łydkach, że przez założeniem ubrania zawsze smaruje je balsamem. A przy okazji dostaną też trochę tej mazi inne partie ciała, tak po prostu, z rozpędu, albo dlatego, że za dużo mi się nałoży na rękę. :-) I tak samo jest z kremami do twarzy. Po umyciu żelem dostrzegłam, że skóra jest sucha, ściąga się, czułam to tak jakby nagle zrobiła się za mała na moją twarz. Więc zaczęłam smarować kremem. Weszło mi to tak w nawyk, że teraz bez kremu rano i wieczorem nie ma dnia. Niestety zdecydowanie za późno się tego nauczyłam. Bo dziś moja skóra na twarzy ma wyraźne oznaki zaniedbania. Ale w tej chwili jest to dla mnie coś tak zwykłego, oczywistego, naturalnego, jak czesanie włosów czy mycie zębów. I tego chce nauczyć córki. By miały ten nawyk wpojony zdecydowanie wcześniej niż ja. Z korzyścią dla nich.
Bo jak w piosence "uroda, uroda przemija jak woda..."

piątek, 27 stycznia 2017

Koniec dnia w pracy

Ku pamieci.
Migawki z dziejszego dnia w pracy.
Jeszcze rano skrobalam szybki w aucie po wczorajszym i nocnym mrozie a w dzien piękne slonko i pogoda prawie jak wiosenna. Gdyby to byl koniec lutego ucieszylabym sie ze powoli nadchodzi ale 27 stycznia wiem, że zima jeszcze może nas mocno zaskoczyc. Warto jednak cieszyc sie tak miła odmianą po dlugich mrozach.
A w pracy dzis wyjatkowo spokojnie i milo.
Z samego rana przyszła jedna przesyłka.

A pod koniec dnia w pracy kolejna.

Czas w pracy czesto umila mi ekspres do kawy. Choc nie tylko on.
Dziś w wersji z cukrem cynamonowym.