Dziwnie jest być mamą dorastających i dorosłych dzieci. Ja w ten etap wkroczyłam całkiem niedawno i może dlatego jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego nowum. Spełniając się od blisko 10 lat w roli samotnej matki miałam zawsze każdy dzień wypełniony po przysłowiowe brzegi. Pojęcia typu "telewizja", "wolny czas", "książka" nie funkcjonowały w moim życiu. Po pracy czekała dodatkowa praca, a później pranie, sprzątanie, zakupy, przygotowywanie posiłków, pomoc w odrabianiu lekcji i zabawa w policjanta. Tak właśnie określałam siebie samą - domowy policjant. To ciągle pilnowanie, upominanie, dyscyplinowanie, przypominanie, etc, niejednokrotnie było dla mnie naprawdę męczące. Niektóre sformułowania - powtarzane wielokrotnie w ciągu dnia, dziesiątki razy w tygodniu, setki w miesiącu będą mnie prześladować w pamięci chyba do końca życia: wynieś śmieci, odrób lekcje, nakarm królika, posprzątaj pokój, zrób to, tamtego nie rób, itp. Czasami miałam ochotę odpuścić, wrzucić na przysłowiowy luz, i nie raz tak robiłam, udawałam, że nie widzę, nie słyszę...
Chcę być dobrą mamą. A w moim odczuciu dobra mama to taka, która wyposaży dziecko w zestaw niezbędnych cech potrzebnych do szczęśliwego życia i prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie, w rodzinie itp. Czasami można odpuścić, przymknąć oko, ale nie może stać się to regułą w wychowaniu. Dlaczego więc mnie to czasem męczyło? Wytłumaczę na prostym przykładzie. Weźmy np. dwoje rodziców z jednym dzieckiem. Rodziców takich, którzy obowiązki rodzicielskie w miarę sprawiedliwie dzielą między sobą i jeśli założymy, że np. istnieje potrzeba oddziaływania na jedno dziecko 10 razy w ciągu dnia, to każde z tych rodziców upomina dziecko 5 razy dziennie. W podobnej sytuacji ja - sama z trójką dzieci - robiłam to 30 razy dziennie. Widać różnicę? Ale nie pisze tego by się żalić, narzekać, marudzić. Nie jestem typem malkontenta.
Dziś wszystko wygląda inaczej. Jedno dziecko mieszka już osobno, drugie - u progu dorosłości - jest w pełni samoobsługowe, samodzielne, mało absorbujące. Owszem dużo rozmawiamy, spędzamy razem czas, ale zaliczyłabym to raczej do przyjemności niż obowiązków. Choć nie ukrywam, że męczące są dla mnie czasami długie dysputy na temat istoty i ważności wykształcenia w życiu. To w ramach motywowania do wykrzesania u starszej córki chęci posiedzenia przy biurku w wiadomym celu. Zresztą całkiem nowym, ślicznym i duuużym biureczku. Tak jak chciała. Wszystko zgodnie z życzeniem. No bo czegóż to się nie zrobi, by tylko dziecko chciało się uczyć :)
Im dzieci są coraz starsze, a zwłaszcza po wyprowadzeniu się syna dostrzegam różnice w codziennym funkcjonowaniu naszego domu. Rzadziej "chodzi" pralka. Suszarka na pranie często stoi pusta, choć dawniej wiecznie była zajęta, a czasem nawet i drugą dostawiałam. Robię mniejsze zakupy. Prawie codziennie jemy obiad, bo mogę przygotować go wieczorem na następny dzień bez bez ryzyka, że ktoś o słabej woli (czytaj: synuś :)) nie oprze się pokusie skonsumowania na kolacje tego co na jutro.
Teraz, jesienią mam zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Oczywiście złożyły się na to aż trzy czynniki: dorastające dzieci, pożegnanie z dodatkową pracą oraz zakończenie sezonu ogrodowego.
Czym to skutkuje? Więcej mam czasu na czytanie, oglądanie, szycie i spędzanie w towarzystwie, które daje mi radość i powera :) Jest fajnie !
A za mną wyjątkowy weekend. Spędziłam go tylko z najmłodszą córką, bo starsza wyjechała na rekolekcje, a ukochany do rodziny. Święto Niepodległości uczciłyśmy najlepiej jak się dało. W końcu udało się wyjść na spacer, na lody i gorącą czekoladę. Upiekłyśmy górę ciasteczek, kruche z lukrem oraz zbożowe z czekoladą. Fajnie i słodko było. Najlepsze zawsze w tym wszystkim jest lukrowanie. Już nie mogę się doczekać robienia pierniczków. Resztę weekendu spędziłam w pozycji siedzącej lub półleżącej. Dużo czytałam, oglądałam filmy i naprawdę wypoczęłam jak nigdy dotąd. Aż chwilami zbrzydło mi to już. Brakuje mi życia towarzyskiego, spotkań z rodziną, koleżankami. Gdy jestem w związku (jaki by nie był, formalny czy nie) to cały swój wolny czas angażuje w życie uczuciowe. Każdą wygospodarowaną wolną chwilę spędzam z ukochanym. Bo to mi daje najwięcej radości. Ale minus takiej sytuacji jest taki, że gdy faceta zabraknie to ja nie wiem co mam począć ze sobą, nie umiem sobie miejsca znaleźć. I tak było tym razem. Ale od dziś wszystko wraca do normy. Praca dom córeczki i czas na budowanie związku ...
A tak poza tym to mamy zimę. Stopniowo robiło się coraz chłodniej i chłodniej, dni coraz krótsze. Aż tu nagle w miniony wtorek o pranku czekała niespodzianka - skrobanie szyb w aucie i tak jest właściwie codziennie. Nie ma się co oszukiwać zima nadciąga i mam dziwne przeczucie, że w tym roku da nam popalić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz