piątek, 28 sierpnia 2015

W drodze do marzeń

Wszystko się zaczęło wiele lat temu, a może jeszcze wcześniej. Jakiś pęd do ziemi miałam chyba od zawsze, choć uaktywniało się to tylko w wybranych momentach mojego życia. Jestem córką wiejskiego chłopaka, który poślubił tzw. "miastową" i do miasta się wyprowadził, ale chyba cały czas tęskni za wiejskim życiem. I może to właśnie ojciec zaszczepił we mnie ten pęd do ziemi. Cała moja rodzina ze strony ojca to ludzie wsi - typowi rolnicy, ogrodnicy tzw. "badylarze". Ojciec ma działkę, na która często mnie zabierał do towarzystwa jako dziecko, a później już jako podlotka i studentkę do pomocy w pracach. przyznam szczerze, że nienawidziłam tego wtedy.

Moje marzenia...? dom na wsi.... pies... koza.... kurki.... duży ogród pełen kwiatów... łubiny... malwy.... nasturcje... maki.... słoneczniki.... Ech...., ale jak to osiągnąć z państwowej pensji?

Kilkanaście lat temu, już jako mężatka po raz pierwszy tak namacalnie podjęłam działania zmierzające w kierunku własnego wiejskiego domu. Znaleźliśmy wtedy nawet ładną działkę, wybraliśmy projekt domu i... odpuściliśmy. Kredyty, życie bez samochodu, to były argumenty na nie.
Potem życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku. Rożne zawirowania sprawiły, że marzenia trzeba było zastąpić walką o byt. Wyjazd męża do pracy za granicę..., rozwód... kto to przeżył wie o czym mówię.

Zanim trafiłam tu, gdzie jestem teraz wynajmowałam różne mieszkania. Jedno z nich było w małej kamienicy gdzie w sumie były 3 mieszkania po jednym na każdym poziomie. Ale atrakcją tego mieszkania był dostęp do ogrodu, lub raczej kawałka ziemi, który kiedyś był ogrodem. Oczywiście nie zdążyłam tam "zabawić się" w warzywa ale były róże, trawnik, aronia. To było cudowne miejsce. I nawet nie aż tak bardzo drogie. I pewnie zostałabym tam na dłużej albo i prawie na zawsze, gdyby nie to że właścicielowi zależało przede wszystkim na sprzedaży tego mieszkania, a wynajęcie traktował jako etap przejściowy do czasu znalezienia kupca. Nie ukrywam, że ja też chciałam mieć coś swojego, na stałe i nie żyć w ciągłym strachu, że ktoś nagle wypowie mi umowę najmu. No i mieszkanie miało jeszcze jeden minus - było ogrzewane piecami. Oczywiście miało to swój urok, ale z cała pewnością muszę przyznać, że jest to dobre rozwiązanie dla kogoś kto w czasie okresu grzewczego przebywa w domu i regularnie dokłada do pieca, aby utrzymać odpowiednią temperaturę. Ja niestety jestem osobą pracującą i do 16-17 nie ma mnie w domu. Tak wiec po powrocie mieliśmy lodówkę wszędzie. A zanim rozpaliłam w piecu, zanim się piec nagrzał i zanim ciepło rozeszło się po mieszkaniu to czasami był już późny wieczór i pora do spania. Dzieci często odrabiały lekcje ubrane na cebulkę, a i tak marzły. Ale to była dobra szkoła życia. I pokory....

Kiedy już trafiłam "do siebie" poczułam, że najbardziej brakuje mi ogrodu, możliwości posiedzenia na ławce, leżaku, hamaku, brakowało mi radości z obserwowania roślin, ptaszków, pszczółek, motylków, i takie tam .... Może to brzmi egzaltowanie, ale ja taka trochę jestem. Potrzebuje biegających po twarzy promyków słońca, wiaterku który rozwiewa włosy, kolorowych motylków, rozmów z roślinami.

"U siebie" mieszkam już ponad trzy lata. Jest dobrze, ale marzenia o swoim miejscu na ziemi zostały....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz