Tęsknota za kontaktem z naturą odzywała się we mnie coraz częściej. Rok
temu podczas kolejnej wiosny zrozumiałam, że mój pęd do ziemi odezwał
się ze zdwojoną siłą. Ale wtedy jakoś jeszcze nie dojrzałam do decyzji
na tyle, by wprowadzić ją czyn. Przełomowy był bieżący rok. Wraz z
nastaniem wiosny zaczęłam przeglądać oferty działek do kupienia. Jedna
nawet mi się spodobała. Pojechałam ją obejrzeć w naturze. I jak to u
mnie zwykle bywa, nieprzypadkowym zrządzeniem losu, natrafiłam na ten
kawałek ziemi, który teraz jest mój. Będąc z wizytą w ROD wdałam się w
konwersację z gospodarzem, który pokazał mi kilka działek „do wzięcia”.
To były działki, które już do nikogo nie należą (z różnych powodów) i są
bardzo zaniedbane. W jednej takiej działeczce od razu się zakochałam.
Był 21 marzec. Pierwszy dzień wiosny i pierwszy dzień mojej nowej
miłości. Moim zdaniem to nie była przypadkowa data.
Musze przyznać, że generalnie to ja lubię wyzwania! I dlatego
postanowiłam wziąć jedną z takich zdziczałych działek. I zapewniam, że
nie był to szaleńczy impuls tylko czysta kalkulacja. No bo po co mam
płacić krocie za ładną działkę, biegać do notariusza i załatwiać o wiele
więcej formalności, jak mogę za symboliczne pieniądze nabyć taki „ugór”
i zaoszczędzone środki włożyć w jego ratowanie? A poza tym uznałam, że
jak ja tej działki nie wezmę, to na pewno nikt inny się już nad nią nie
zlituje.
Formalności niestety trwały. Okazało się bowiem, że wniosek o dzierżawę
trzeba złożyć w zarządzie. A zarząd dopiero miał „dyżurować” po świętach
wielkanocnych, czyli w tym roku wypadło to prawie na połowę kwietnia.
Cierpliwie czekałam. Gdy nastał właściwy czas podanie zawiozłam. Okazało
się, że decyzja zapadnie w drodze uchwały, które są podejmowane na
„zgromadzeniu”. Najbliższe miało się odbyć pod koniec kwietnia. Dalej
cierpliwie czekałam. 29 kwietnia wpłaciłam pieniążki, owe 300 zł za
nasadzenia na działce, gdyż na tyle zostały one wycenione na mocy
protokołu zdawczo-odbiorczego od poprzednich właścicieli. Wpłaciłam też
równowartość wszystkich niezbędnych składek, co wcale nie było mało
(wpisowe, inwestycyjne, członkowskie) i otrzymałam zgodę na użytkowanie
działki.
W nr mojej działki powtarzają się cyfry 7. Z ciekawości zaczęłam węszyć
jakie znaczenie ma siódemka i jak dla mnie wystarczyło mi tyle tylko, ze
jest to cyfra bogów. Jest symbolem całości, dopełnienia, symbolizuje
związek czasu i przestrzeni. No to bingo! Bo ja mam aż trzy siódemki.
Moja działka ma 350 m czyli 3,5 ara. Stoi na niej altanka, którą ja
pieszczotliwie nazywam szopką. We wspomnianym wcześniej protokole
zapisana była jako do rozbiórki, ale ja postanowiłam ją reanimować. Bo
ja generalnie mam zawsze wielki szacunek do tego co ktoś zrobił
wcześniej, do pracy jaką w to włożył i nie wymieniam na ślepo
wszystkiego na nowe. Działka jest mocno zapuszczona. Od mojego
działkowego sąsiada – uroczego starszego pana – wiem, że przez kilka lat
stała „niczyja”. A i przez parę lat wcześniej wpadała tu tylko wnuczka
właścicielki na chwilę, by się poopalać lub zrobić grilla. Tak więc, gdy
ja przejęłam ją w swoje posiadanie przedstawiała przysłowiowy obraz
nędzy i rozpaczy.
Oto krótka charakterystyka mojej działki (stan w dniu przejęcia):
- altanka o powierzchni ok. 6m, odrapana, z odpadającą farbą na
zewnątrz, ze spróchniałą podłogą, przeciekającym dachem, wybitą szybą w
oknie i licznymi mieszkańcami na dziko;
- szklarnia o powierzchni zbliżonej do altanki, gdzieniegdzie
spróchniała, miejscami bez szyb, pełna chwastów, siejąca postrach;
- drzewka i krzewy owocowe mocno zapuszczone, nieprzycinane,
nieopryskiwane;
- rabaty kwiatowe zarośnięte, zdziczałe, słabo kwitnące;
- trawnik, od lat nie koszony, raczej żółty niż zielony, z licznymi nie
ścinanymi, podgniłymi pozostałościami z poprzednich lat, z ogromem
chwastów, wysoki prawie do kolan,
- teren działki wyjątkowo nierówny – liczne doły i zagłębienia, pewnie
pozostałości po dawnych grządkach.
Zakasałam rękawy i wzięłam się ostro do pracy. Hola, hola ale to nie
tak, że efekty są spektakularne. Na działkowe prace czasu mam niewiele.
Bo pracuje zawodowo więcej niż przeciętny Polak (łącze dwa etaty), a do
tego trójka dzieci i sporo pracy w dużym mieszkaniu. A wszystko to w
pojedynkę. No, przyznam jednak, ze sporą, choć sporadyczną, pomocą
przyjaciela. Wiele osób z mojego otoczenia łapało się wręcz za głowy i z
trwogą pytało: „O, Boże a po co ci kolejny problem”.
Ludzie!! Taki
problem jest potrzebny, żebym łatwiej znosiła inne!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz