czwartek, 12 listopada 2015

Jesienna melancholia

Tegoroczna jesień mi jakoś nie sprzyja. A dziwne... Bo jest wyjątkowa. Długo była piękna, złota, słoneczna, ciepła. Teraz choć już wcześnie ciemno, szaro, bez liści, deszczowo, to nadal ciepło. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w połowie listopada termometry pokazywały kilkanaście stopni. Nawet 17.

I mimo takiej sprzyjającej aury, to jednak dopadła mnie jesienna melancholia. Jakoś tak mi smutno, nic nie cieszy, czuję jakąś taką nijakość, zniechęcenie, zobojętnienie. Może dlatego, że wszystkie dzienne, jasne godziny spędzam w pracy. Rano ciemno, potem szaro, gdy się przejaśnia jestem w pracy, a gdy wychodzę znów szaro i szybko znów ciemno. Wszystkie dni takie same, podobne do siebie. Nic się ciekawego nie dzieje, nic się nie zmienia. Monotonia. Nie ma się czym ekscytować. Może stąd to przygnębienie. Oby chwilowe, bo źle się czuje z takim nastrojem i stanem.

Tęsknię za latem. I niekoniecznie za upałami, ale po prostu za długimi dniami, kiedy miałam więcej energii i więcej czasu i mogłam więcej w ciągu jednego dnia zdziałać. Teraz nawet na zakupy nie chce mi się chodzić, bo nie lubię przebywać poza domem po zmroku.

Większość czasu pochłania mi praca i obowiązki domowe. Sklep, zmywarka, pralka, odkurzacz, mop, to słowa które najczęściej krążą ostatnio w mojej głowie. I dlatego wczorajszy dzień wolny od pracy w większości przeznaczyłam dla urody. Był peeling, maski, maseczki, odżywki, itp. Czy to pomogło? Ciału na pewno, jednak stan ducha nie uległ zmianie. Dziś może lepiej wyglądam, ale dzięki temu wcale lepiej się nie czuje.

Już połowa listopada. Jeszcze chwila a wpadnę w wir przedświątecznych przygotowań. Będą porządki, zakupy, kompletowanie prezentów. Może wtedy - będąc jeszcze bardziej zajętą - zapomnę o mojej melancholii. A nawet jeśli nie zapomnę, to już na pewno nie będę miała czasu o niej myśleć.

Tęsknię za ogródkiem. Zbieram pieniądze na opłatę za elektryczność na moim kawałku ziemi, która ma tam dotrzeć w przyszłym roku. Tylko czy mi to potrzebne? Kosiarkę mam ręczną, podkaszarkę spalinową, kawę wożę w termosie, nigdy nie siedzę na działce do nocy, żeby mi światło było potrzebne. Ale nawet jak uznam, że prądu nie potrzebuję to i tak muszę zapłacić prawie 200 zł. Taki jest koszt tzw. uzbrojenia działki. Ponoć przez to wzrasta jej wartość. Pomyślę. Mam czas na decyzję do końca roku.

A w wolnych chwilach nastrój poprawia mi towarzystwo naszego domowego zwierzaczka - królika. Jest uroczy. Prawie jak pies. Gdy wypuszczamy go z klatki reaguje na wołanie, biega po domu za najmłodszą, czasami wręcz chodzi przy nodze. Jest milutki, mięciutki, słodki. Trudno go nie lubić. Jest na pewno przez nas bardzo kochanym zwierzątkiem.



P.S. Odwyk od słodyczy trwa nadal. To już 22 dzień. Dla kogoś kto nie przeżył dnia bez ciastka, cukierka, słodzonych napojów, jest to naprawdę trudne. Do setki daleko. Niestety różnicy na wadze nie widzę. Może to więc wcale nie jest wina słodyczy?? Nic to, przynajmniej mam satysfakcję, że mam silną wolę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz