Cały miniony tydzień codziennie jeździłam po pracy na działkę, czasami na dłużej, a czasami na chwilę. Ale musiałam. Ciągnie mnie tam. Znaczną część czasu niestety pochłaniają mi dojazdy do mojego zielonego zakątka, bo bez autka to jednak jest dużo dłużej. Samochodem docieram tam w 10-15 min, autobus przez całe miasto jedzie pół godziny. Cały miniony tydzień była piękna, iście letnia pogoda. Przyjemnie się spędzało czas na dworze, nawet w pocie czoła. Dlatego, żeby móc więcej zrobić w piątek wzięłam urlop i prawie cały dzień przeznaczyłam na pracę ogrodowe. A przy okazji złapałam trochę opalenizny :)
Jeszcze przez południem zniknęły pozostałości po szklarni. Czekało mnie więc porządkowanie terenu. Niestety nadal większość czasu pochłania mi oczyszczanie istniejących nasadzeń. Wynajduję bowiem wśród trawy jakieś roślinki, których nie che zmarnować i dlatego ręcznie usuwam chwasty i trawę, która wokół rośnie. Mozolna praca. Efekty marne. Dwa dni czasem porządkuje jeden kąt, a w tym czasie zarasta mi cała reszta. Może ja źle to robię?
W piątek wieczorem zaprosiłam swoją paczkę z pracy. Był grill, biesiadowanie, ale też praca. Nie planowałam zaganiać ich do roboty, ale to samo jakoś tak wyszło. Skosili trawkę, posadzili mi kwiatki, które stały już od tygodnia w doniczkach i czekały, wycięli stare drzewa, a na koniec rozpaliliśmy ognisko i wszystko zniknęło. Jest dużo lepiej. W jeden wieczór wspólnie zrobiliśmy więcej niż ja sama robiłabym przez tydzień. Chyba muszę częściej ich zapraszać ... ha ha. Jedyny problem to brak toalety.....
A tak poza tym to super było. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, pośpiewaliśmy....

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz