Wciąż marzę o ogrodzie przy domu. Tak bardzo chciałabym mieć go w zasięgu ręki. Otworzyć drzwi od domu i od razu być w swoim królestwie. Otworzyć okno w domu i móc patrzeć na ogrodowe piękności i nawet na ogrodowe niedoskonałości.
Ogród to jest sprawa w zasięgu ręki. W ciągu roku czy dwóch byłabym w stanie stworzyć coś ładnego, wystarczy mi dać tylko kawałek ziemi. Ale żeby mieć ogród przy domu to trzeba mieć dom. A to już nie jest sprawa w zasięgu ręki. Jeszcze cały czas wierzę, że kiedyś się to uda. Że przyjdzie taki czas gdy marzenia się spełnią. Że jeszcze napije się kawy na dworze przed własnym domem. Choć przyznam szczerze, że wraz z upływem czasu ta wiara jest coraz słabsza. Nadzieja blednie i słabnie. Bo to co jest możliwe dla trzydziestolatki, staje się trudne dla czterdziestolatki, a prawie nieosiągalne dla pięćdziesięciolatki i nierealne dla starszych.
To ponoć takie typowe dla Polaków - że wiecznie narzekają. Co by nie mieli to i tak źle. Zawsze za mało. Tak więc ciesze się z tego co mam :)
Zakwitła pierwsza dalia podarowana od mojego uroczego sąsiada działkowego - Pana Czesia. Pamiętam, z jaka podejrzliwością przyjmowałam te pomarszczone i brzydkie bulwy. Nie robiły na mnie dobrego wrażenia. Z grzeczności nie odmówiłam przyjęcia daru. Posadziłam byle gdzie i byle jak. Jakiż było moje zdziwienie gdy szybko zaczęły wyrastać łodyżki i liście. Te akurat, które otrzymałam są chyba z odmiany wysokich bo rosły i rosły. Mają ponad metr wysokości. Niedawno zauważyłam że pojawiły się pączki, a w tym tygodniu zobaczyła pierwszego kwiatka. Cudo!!! Zakochałam się. Już wiem, że chce mieć dalii jak najwięcej.
Ostatnio specjalizuję się w przetwórstwie jabłkowym. Linia produkcyjna podzielona jest na kilka odcinków, które nie zawsze występują szybko jeden po drugim.
Etap pierwszy - zbieranie.
Na razie ograniczam się do przerabiania tego tylko co spadnie, bo póki wisi na drzewie to wiadomo, że dłużej świeżość zachowa. A nie byłabym w stanie przerobić wszystkiego na raz. Ze "spadów" i tak wybieram tylko te największe, najładniejsze - co daje codziennie kilka kg owoców. Reszta idzie na kompostownik. Ledwo nadążam z przerabianiem tego. Zbieram i zbieram. I codziennie gdy przyjeżdżam znów leży tyle samo co poprzedniego dnia. Wracam każdego dnia obładowana, że ledwo to donoszę pod drzwi mieszkania.
Etap drugi - obieranie i gotowanie.
Nie zawsze następuje to tego samego dnia co przywózka. Czasami zwyczajnie dzień jest za krótki. Ale jak już się wezmę to zajmuje mi to sporo czasu. Obieram, kroje w cząstki i podsmażam. papierówki są wdzięczne w tym temacie. Szybko się rozpadają tworząc mus, są też w miarę słodkie więc nie trzeba dużo w cukier inwestować. Patelnię mam dużą, ale i tak na jeden raz się to wszystko nie mieści, więc robię to na kilka porcji, które potem przekładam do dużego gara.
Etap trzeci - pasteryzowanie.
Czasami, gdy zacznę odpowiednio wcześniej smażenie i mam potem jeszcze czas, co oznacza że nie jest już pora nocna - pasteryzuje od razu. Ale nie zawsze mi się to udaje. Często jest tak, że przygotowana paćka jabłkowa we wspomnianym garze ląduje w lodówce i czeka do następnego dnia. A jak znajdę czas to umyte słoiki wyparzam, napełniam moją paćką i potem gotuje.
Zapasów mam już sporo. Ile przetrwają tego nie wiem, bo w poprzednim roku w grudniu jedliśmy i były jeszcze ok. Ale jak na Wielkanoc chciałam zrobić szarlotkę to okazało się, że z pozostałych słoików większość była sfermentowana. Nie wiem co źle robię. Może w tym roku postaramy się po prostu zjeść je szybciej :)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz