piątek, 19 sierpnia 2016

Moja świątynia dumania

Nie zawsze przychodzę tu pracować. Czasem są takie dni jak dzis że zwyczajnie nic nie robię albo takie kiedy nie da się nic zrobić.  Taki był ten tydzień.  Codziennie padało a ja mimo to przyjeżdżałam tu. Bo kocham ten mój kawałek ziemi. Bo zwyczajnie mam potrzebę pobycia tu choć chwilę. Bo to jest mój szczęśliwy zakątek. Mój azyl. Świątynia dumania. W żadnym innym miejscu nie czuję się tak dobrze jak tutaj. Tu ładuje mój życiowy akumulator. Tu odzyskuje siły i równowagę psychiczną w czasie różnych życiowych zawirowan. Nawet gdy pada ubieram kalosze i kurtkę i jestem tutaj. Siadam w mojej chałupy przy otwartych na oścież drzwiach i patrze na krople deszczu które zbierają się na lisciach i trawie. Obserwuje jak woda spływa i jak chmury wędrują po niebie. I myślę. To tutaj obmyslalam swoje strategie plany marzenia.
Dziś pierwszy ciepły i słoneczny dzień więc jestem szybciej i dłużej niż zwykle. Po wielu deszczowych dniach ziemia mokra. Miejscami bloto. Nie chce mi sie dzis nic robic. Rozłożyłam lezak i relaksuje się. Słoneczko przygrzewa, choć z każdą godzina coraz słabiej bo jest coraz niżej. Leżę i patrze na niebo. Jest anielsko błękitne i czyste.
A to daje mi radość nieopisana wręcz








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz