Moje zawirowania życiowe nadal nie wyszły na prostą.
W życiu zawodowym następują od jakiegoś czasu niby subtelne i powolne, ale odczuwalne zmiany. A na pewno przeze mnie. Czy to idzie ku lepszemu czy gorszemu to jak na razie sama jeszcze nie wiem. Raz jest lepiej, a innym razem odwrotnie. Jaki to będzie miało finał? Tego jeszcze nie wiem.
W życiu uczuciowym zmiana. Rozpatrując to w kategoriach całokształtu to niby zła. Finał związku to zawsze jednak porażka. Ale wiem, że inaczej już się nie dało. Próbuje to przekuć na pozytywy. Na razie kiepsko mi idzie, ale wierzę że z czasem będzie mniej boleśnie.
W życiu rodzinnym też idą zmiany. Czy rzeczywiście się zdarzą i jakie, tego jeszcze nie wiem. W każdym bądź razie najstarsze dziecko chce mi wyfrunąć z gniazdka. A ja - jak to typowa matka kwoka - boje się. Ale przecież nie mogę dziecku podcinać skrzydeł.
W życiu finansowym szykuje się trudny okres. Za dwa miesiące kończy się moja dodatkowa umowa i od lipca stracę ok. 1,5 tys zł dochodu. Dla mnie to katastrofa. Przez rok załapię się na 500 plus. Ale to tylko 1/3 utraconych dochodów. Nie wiem co robić. Kredyt mnie wykończy. Najpierw psychicznie, a potem też pewnie fizycznie.
Gdy w sylwestra słuchałam bicia dzwonów o północy i patrzyłam na fajerwerki nad miastem, jakoś w podświadomości czułam, że idą zmiany w moim życiu, że to będzie trudny rok. Nie twierdzę, że jest najgorszy, ale chyba moja odporność psychiczna też jest już słabsza i dużo gorzej znoszę przeciwności losu niż w młodości.
I jakby tego wszystkiego było mało to narzuciłam sobie też ostry reżim w kwestii zbicia wagi ciała. Szału nie ma, ale przynajmniej czuje, że sprawność i kondycja się poprawia, a to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ćwiczę dużo. Wykorzystuje do tego prezent od moich córek. Staram się też biegać wieczorami. Z tym jest gorzej, bo pogoda nie rozpieszcza. Diety żadnej nie planowałam zastosować, bo uznałam, że najważniejsze to spalić zjedzone kalorie i przynajmniej zatrzymać dalszy przyrost tkanki tłuszczowej. Super laską to ja i tak już nie będę. Nie ten wiek. Zresztą przy takiej nadwadze i towarzyszącemu przez to rozciągnięciu skóry gwałtowny spadek wagi nie wypadłby dobrze. Choć przyznam, że niechcący i tak jem dużo mniej, ale to głównie za sprawą problemów osobistych. Ja już tak mam, że gdy się martwię to tracę apetyt. Zajadanie problemów to nie moja domena. Jest raczej odwrotnie. Gdy jestem szczęśliwa mam apetyt na życie i też na jedzenie i zachciewajki i wtedy tyje.
I jeszcze wpadłam dziś na pomysł jakiegoś wyjazdu. Krótkiej wycieczki gdzieś daleko. Sama. Dostałam dziś na maila reklamę jakiegoś biura podróży i tak jakoś zakiełkował we mnie ten pomysł. Czy dojdzie do realizacji? Tego też nie wiem. Wszystko zależy od wielu okoliczności. Jak zazwyczaj w moim życiu.
Strasznie dziś smucę, ale taki mam właśnie moment w życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz