środa, 16 września 2015

Życiowe zawirowania

Tak sobie czytam te Wasze blogi i myślę sobie - piękne macie życie.
Nie, nie narzekam, ja nie z takich. Potrafię doceniać to co mam, bo życie mnie chwilami nie rozpieszczało, a nawet powiedziałabym, że mi dokopało. Ale ja jestem z gatunku tych, co nie biadolą i narzekają. Ja "zadaniowa" jestem. Jest problem to trzeba rękawy zakasać i działać. Problemy są po to by je pokonywać. Problemy są po to by nas hartować, by ubogacać, rozwijać, zmuszać do poszukiwania rozwiązań, a więc bycia kreatywnymi. To oczywiście moja teoria i liczę się z tym, że nie każdy musi się z nią zgadzać. I ta moja filozofia nie oznacza też tego, że ja proszę się o problemy. Oczywiście, że najlepiej jak ich nie ma. Jak wszystko się dobrze układa, idzie przysłowiowo "jak po maśle". Ale każdy z nas wie, że tak się nie zdarza. No przynajmniej nie zawsze. Ale pewnie to już tak jest skonstruowane, że raz jest lepiej, a raz gorzej. Może właśnie po to, by docenić to "lepiej"? To tak jak burza i słońce, jak noc i dzień, czerń i biel, zima i lato...  No bo dlaczego zachwycamy się piękną pogodą? Bo wiemy, że tak nie jest zawsze i cieszymy się gdy słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, motylki fruwają i takie tam...
Jejku, ale przecież ja nie o tym dziś pisać chciałam. A o czym chciałam? O upodobaniach chyba. Bo tak to by można określić. Co mi się podoba, co lubię, za czym tęsknię, o czym marzę. Oj gdyby tak o tym wszystkim napisać to książka by pewnie powstała. Więc dziś tylko fragment tej układanki.
Z rzeczy materialnych lubię wszystko co stare. Stare domy, meble, tkaniny, porcelanę, dodatki wnętrzarskie itp.
Jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, to częściowo się moje marzenie spełniło. Niby nie mam starej, wiejskiej chatki, gdzieś pod lasem, o jakiej marzę od lat, ale miejsce jest stare. Mieszkam w kamienicy. Nie wiem ile dokładnie ma lat, ale wiem że jest już pod opieką konserwatora zabytków i w sprawie remontu mojego mieszkania musiałam tam uzyskać stosowne zgody i akceptacje. Wiem, że zbudowali ją przed wojną Niemcy, którzy tutaj na Pomorzu wówczas byli przecież "u siebie". Kamienica ma dwa pietra, co łącznie z parterem daje trzy poziomy plus poddasze. Na każdym piętrze są dwa mieszkania. Posiada też boczną oficynę z osobną klatką schodową i malutkimi kawalerkami. Przy moim remoncie, w związku z dokonywanymi małymi przeróbkami, potrzebny był projekt budowlany, który robiła mi pewna Pani Ewa - architekt, która była właśnie pracownicą owego wspomnianego konserwatorium. Od niej właśnie dowiedziałam się, że kiedyś na każdej kondygnacji było jedno duże mieszkanie, do którego prowadziło jedno główne "oficjalne" wejście od frontu oraz było też drugie boczne wejście do mieszkania z tej oficyny. Mieszkająca tam rodzina miała do dyspozycji ponad 160 m2, posiadała też służbę, która mieszkała w osobnych pokoikach właśnie w tej bocznej oficynie, a do mieszkania "Państwa" wchodziła przez kuchnię przez to boczne wejście z oficyny. Po II wojnie światowej, ze znanych nam z historii przyczyn, Niemcy opuścili te tereny, a kamienice poszły "do podziału". W przypadku mojej każde mieszkanie zostało podzielone na dwa mniejsze po ok. 80 m2, co i tak było ponoć bardzo łaskawe, bo Pani Ewa powiedziała, że jest kilka kamienic w moim mieście o podobnym układzie i wielkości i tam mieszkania zostały podzielone na 3 części. Tak więc od września 2011 roku, od 4 lat mam przyjemność żyć w takim miejscu, można by powiedzieć - trochę już historycznym.
Przez wiele lat kamienice w moim mieście, mieszczące się w centrum, to było gniazdo marginesu i patologii. I tacy ludzie mieszkali poprzednio w moim, obecnie ślicznym, mieszkaniu. Często nawet się mówiło, że tutaj to strach po zmierzchu wychodzić z domu. Dzielnica ta przez wiele lat przedstawiała przysłowiowy obraz nędzy i rozpaczy. Odrapane tynki, brudne, śmierdzące klatki schodowe, zaśmiecone podwórka, pijani mieszkańcy w bramach i na ławkach, dzieci biegające po ulicach, bo tu nie ma placów zabaw. Taki obrazek sprzed lat większość ma przed oczami. W kamienicach toalety często były wspólne na klatce schodowej, trzeba było palić w piecach, a wodę podgrzewać samodzielnie. Jeśli ludzie mieli wybór - to nie chcieli tu mieszkać. W PRL młodzi i wykształceni "walczyli" o nowe mieszkania na nowopowstających osiedlach, zazwyczaj na obrzeżach miasta, z łazienką i toaletą, bieżąca ciepłą wodą i centralnym ogrzewaniem.
Teraz to już przeszłość. Dziś kamienice przeżywają swój "renesans". Piękne i wyremontowane są łakomym kąskiem, zwłaszcza, że zlokalizowane są w samym centrum miasta, gdzie wszędzie jest blisko.
Jednak w moim przypadku na początku nie było tak pięknie. Zastałam to mieszkanie w stanie totalnej ruiny. Mój remont trwał pół roku i w zasadzie poza cegłą to wszystko już tam jest nowe: okna, drzwi, tynki, wszystkie instalacje, armatura. Nawet ogrzewanie musiałam całe zrobić od podstaw, bo jest odgórne zalecenie, że w centrum odchodzi się od ogrzewania paliwem stałym na rzecz alternatywnego, czyli elektrycznego lub gazowego, aby ograniczyć emisje zanieczyszczeń. Musiałam więc rozebrać piece.
A oto parę zdjęć stanu jaki zastałam w dniu, w którym dostałam klucze.
Wybierając zdjęcia celowo pominęłam te najbardziej drastyczne, oszczędzając Wam widoku stanu podłóg, okien, tynków i detali w łazience.
Mieszkanie wyjściowo w oryginalnym układzie miało dwa duże pokoje (każdy sporo ponad 20m), dużą kuchnię (również ponad 20 m) i łazienkę z przedsionkiem. Jest to duże i wysokie mieszkanie przejściowe. Do mieszkania prowadziły drzwi główne bezpośrednio do jednego z pokoi, z tego pokoju przechodziło się w jedną stronę do drugiego pokoju oraz w drugą stronę do kuchni, a dalej przez nią do łazienki przez mały przedsionek, gdzie było drugie wejście do mieszkania z bocznej klatki schodowej. Poprzednicy w kuchni, korzystając z tego że są tam dwa okna, wydzielili mały pokoik, który został zrobiony z jakiś płyt czy czegoś w tym rodzaju, przez co zmniejszyli kuchnię. Stan techniczny tej konstrukcji pozostawiał wiele do życzenia. 
Po remoncie jest zupełnie inaczej. Całkiem ładnie wyszło. Oczywiście podstawowego układu mieszkania nie dało się zmienić, co podyktowane jest ścianami nośnymi i rozkładem okien. Ale trochę pozmieniałam. W moim układzie podzieliłam jedn pokój na dwa mniejsze dla dzieci, przy drzwiach wejściowych postawiłam ściankę przez co oddzieliłam wejście do reszty pokoju, zlikwidowałam "pokoik" w kuchni oraz zlikwidowałam boczne wejście (zamurowałam) a o przedsionek powiększyłam łazienkę.
A oto migawki z remontu.

wejście do mieszkania - widok od strony klatki schodowej, a poniżej od strony mieszkania z widoczną po lewej stronie dobudowaną ścianką 


kuchnia, już bez dzielącej ją ścianki a poniżej "fartuch" w kuchni
pokój główny i widok z niego na kuchnię a dalej na łazienkę
tutaj ten sam widok na kuchnie i łazienkę ale już z ościeżnicami
na końcu widać piec gazowy który zawisł na ścianie po zamurowaniu wejścia bocznego do mieszkania
jeden z pokoi już po podzieleniu na dwie sypialnie dla dzieci
Ciężko szedł nam ten remont. Była zima, w mieszkaniu nie było ogrzewania, tynki nie schły, przeprowadzka się przesuwała w czasie. W końcu załatwiliśmy specjalne dmuchawy i jakoś poszło dalej. Oczywiście miałam ekipę, ale materiały i wszystkie inne sprawy związane z remontem załatwiałam sama, pracując przy tym jednocześnie na 2 etaty. Wszyscy mówili, że bez chłopa w życiu to ciężko jest. A już z remontem to w ogóle... Tak, jest ciężko. Ale to nie znaczy, że wszystko od razu staje się niemożliwe. Mnie się udało. I dlatego podwójnie mnie cieszy to co mam. Raz, że z rudery zrobiłam pałac, a dwa, że udało mi się tego dokonać w pojedynkę. Że pokazałam, że jednak można.... 

Czasami rozwód czy też owdowienie wprawiają kobiety w przerażenie. I ze mną też tak było. Pojawiają się lęki i obawy, jak sobie w życiu poradzę? Nagle wpadamy na tzw. głęboką wodę. Ta głęboka woda to życie i problemy, z którymi łatwiej daje się radę we dwoje. Bardzo często nie umiemy wtedy pływać w tej wodzie. Albo tak tylko nam się wydaje. Niektóre kobiety w takiej sytuacji, powiem metaforycznie,  topią się, idą na dno, potrzebują ratownika (np. może to być nowy facet). Inne, odkrywają nagle że jednak potrafią pływać, a jeszcze inne bardzo szybko się tego uczą. W moim przypadku okazało się, że jednak umiem pływać. Tylko przez wiele lat małżeństwa nigdy ta umiejętność nie była mi potrzebna i dlatego nie miałam okazji by się o tym przekonać. Nagle okazało się, że potrafię więcej niż mi się wydawało, że potrafię udźwignąć więcej niż przypuszczałam, i że mam w sobie tyle siły o jaką nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała.....
Aczkolwiek rozwodów nie pochwalam i do nich nie zachęcam. Małżeństwo i rodzina jest dla mnie święta. I ponad wszystko cenię i szanuję ludzi którzy są razem i wspierają się w życiu przez wiele długich lat, aż do końca.
Lecz czasami nie wszystko zależy od nas. Czasami przegrywamy, pomimo ogromnej walki i energii skierowanej na ratowanie. Ale wówczas trzeba tę siłę i energię skierować w innym, nowym kierunku i uwierzyć, że nowe, choć inne, tez będzie fajne....

poniedziałek, 14 września 2015

W lesie, jeszcze nie jesiennym

Wycieczka choć krótka ale zaliczona. Cudowny jest taki spacer wśród zieleni, w ciszy, w odosobnieniu. To ma naprawdę zbawienne działanie. Kto jeszcze nie spróbował, to zachęcam. Miękka, piaszczysta droga, dookoła tylko drzewa, dużo zieleni, cisza, żadnych ulicznych odgłosów.
A w lesie nadal jeszcze zielono, śladów jesieni nie widać.











czwartek, 10 września 2015

Ciągnie wilka do lasu...

Dziś krótko. Pogoda jest coraz fajniejsza. Jak się uda to po pracy jedziemy na wycieczkę do lasu. Sprawdzimy czy jakieś grzybki już się pojawiły, w końcu padało przez ponad tydzień ... Tak więc teraz gaszę komputer i zmykam do domu, potem szybki, skromny obiadek i razem z najmłodszą wyruszam na spotkanie z przyrodą!!

niedziela, 6 września 2015

Zaległości

Tak mi się marzył weekend na działce. Co prawda wczoraj byłam w pracy, ale tylko trzy godziny. W tym roku mniej pracuje w weekendy, bo w mojej dodatkowej pracy zredukowana została część godzin z 1/2 etatu na 1/4. Lepiej bo mam więcej czasu na dom i ogród i dla dzieci, ale finansowo było kiepsko, a jest jeszcze gorzej. Choć wydawało mi się, że gorzej to już być nie może, że będzie już tylko lepiej, bo przecież z każdym miesiącem kredyt jest coraz mniejszy, bo się spłaca.

Ale nie o pracy tu miało być tylko o tej pogodzie paskudnej i też o przewrotnej ludzkiej naturze. Bo tegoroczne lato dopisało jak już dawno nie było. Wakacje się dzieciakom udały, urlopy pracownikom również. Tylko rolnicy na pewno mieli zmartwienie, bo przy takich upałach i przede wszystkim braku opadów to uschło pewnie dużo. Wśród moich znajomych krążyło nawet śmieszne powiedzonko, że po co w tym roku wyjeżdżać na wakacje za granicę, przecież Chorwację mamy w Polsce. I jak już wszyscy zmęczyli się tymi upałami, to zaczęli marzyc o ochłodzeniu, ci którzy mieli dość codziennego podlewania zaczęli marzyć o deszczu. No to mamy. Tylko, że teraz wszyscy narzekają, że pada już za długo i zbyt obficie. A przecież każdy kto choć trochę ma pojęcie o meteorologii wie, że fronty atmosferyczne to nie pojawiają się na chwilę i nie znikają po godzinie. Niże i wyże następują po sobie, ale jak już przyjdą to nie znikną za chwilę.

I tak oto moje królestwo pozostaje bez mojej obecności już kilka dni. W zasadzie to nawet jakby było mokro to założyłabym kalosze i pojechała popracować troszkę. Ale cały czas pada, a chwilami to nawet leje. Miałam więc pomysł, żeby wykorzystać wolne chwile na generalne porządki w domu i co mogłam to zrobiłam, ale umycie okien przy takiej wichurze i siarczystym deszczu to trochę niewykonalne.

Tak więc bez wyrzutów sumienia mogę oddać się lekturze. A cebulki na posadzenie muszą jeszcze poczekać ...
No i jeżyny jeszcze są do zebrania....

Aaaa, właśnie pada grad...
Ups, to się nam chyba lato skończyło. A ja już się cieszyłam, że w tym roku sezon grzewczy zacznę duuuużo później i trochę zredukuje wydatki. Bo ogrzewanie gazowe 80-metrowego mieszkania w starej kamienicy i przy wysokości ponad 3 metry to jest spory wydatek.  

sobota, 5 września 2015

Majestat blogowania

Tak sobie rozmyslam ostatnio o tym moim blogu i innych, ktore czytam i zastanawiam się co jest kluczem do sukcesu w blogowaniu.
Myślę, że niewątpliwie duże znaczenie mają następujące sprawy:
1. tematyka
2. styl pisania
3. szata graficzna
Odnosząc się kolejno do tych punktów to zauważylam, że najczęściej blogi już w podtytule mają określoną tematykę. I tak znalazlam i podczytuje kulinarne, o wystroju wnętrz, podróżnicze, o wiejskim życiu, i też takie troche "filozoficzne". A czasami blogi są tak zwyczajnie o niczym i o wszystkim. Ale chyba trzeba mieć barwne i ciekawe życie, by zainteresować nim innych. 
W kwestii stylu to zauważyłam, że niektore blogi są tak świetnie pisane, że nawet takie o niczym czyta się z przyjemnością i chętnie do nich zagląda. Bo niektorzy są wręcz stworzeni do pisania. Mają świetny styl, umiejęjnie stosują środki stylistyczne, wprowadzają fajne sformułowania, czasami ciekawe neologizmy, ozdobniki, potrafią zaciekawić czytelnika.
No i sprawa ostatnia czyli cały układ, tlo i przede wszystkim zdjęcia. To one najbardziej ozdabiają przekazywane treści, obrazują to o czym piszemy, pozwalają czytelnikowi zobaczyć świat, ktory opisujemy. Tylko, że te blogi ktore udalo mi sie "wylapac" w sieci i podczytuję w większości pokazują taki trochę lepszy świat, taki bogatszy. Np piękne domy, cudowne ogrody, wspaniale urządzone wnętrza, zagranicze podroże, drogie ciuchy. Wiem, że niektorzy mają to szczęście by posiadać środki na takie życie. Takie zdjęcia ogląda się z przyjemnością, zainteresowaniem, czasami wręcz z otwartą buzią ...
I jak wśrod takich blogow, kolorowych, bogatych, kipiących pomysłami, może zaistnieć coś co jest w zasadzie o niczym konkretnym, a jednocześnie o wszystkim? Bo czyż pisanie o trudzie dnia codziennego nie traktuje o wszystkim po trochu ?

czwartek, 3 września 2015

Dokumentacja fotograficzna

Cały czas piszę a niczego nie pokazałam. Zdjęć w sumie nie mam dużo i tez ich jakość pewnie nie jest zbyt rewelacyjna ale lepsze to niż nic...
Najpierw zdjęcia z dnia, w którym ją zobaczyłam czyli 21 marzec

Widok ogólny od strony wejścia

 
 Resztki roślinności szklarniowej, głównie chwasty

 Jak widać stan szklarni pozostawia wiele do życzenia....

 Widok na tylną ścianę altanki

Kolejne fotki pstryknęłam w dniu, w którym po raz pierwszy weszłam tam już jako nowy gospodarz czyli 2 maja 
 
 Widok od strony wejścia 

 Szklarnia, cyprysik, wiśnia, brzoskwinia, czarna porzeczka

 Rabata kwiatowa przed altanką

 Róża wielkokwiatowa, niestety nie znam nazwy gatunku

 Moje "mleczowisko" i papierówka



Druga jabłonka ale nie wiem co to za gatunek

A na koniec kilka fotek z lipca 










Zmiany na działce nie są spektakularne, takie w stylu "wow".
Kocham ten swój kawałek ziemi. Żałuje tylko, że nie mogę tam mieszkać by móc patrzeć na to częściej. A najbardziej żałuje, że nie mam domku z ogródkiem.
Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma..... 

środa, 2 września 2015

Zmiany


Co nowego na mojej działce? 

Po 4-miesiecznym użytkowaniu mojej działeczki niewiele się tam zmieniło. Owszem przycięłam i podwiązałam to i owo. Regularnie kosze trawę i „wyczesuję” z niej pozostałości z poprzednich sezonów. Nieco zreanimowałam altankę - naprawiłam dach, bo przeciekał (na razie nie mam funduszy na nowy domek). Uporządkowałam rabaty kwiatowe. Wykopałam duże ilości cebulek m.in. narcyzów, tulipanów i innych kwiatków, których niestety nie znam. Utworzyłam jedną nową rabatę - wrzosowisko. Posadziłam mieczyki w ilości ponad 30 cebulek, dlatego że uwielbiam te kwiaty. A poza tym moja alejka nazywa się Mieczykowa, więc to zobowiązuje.... Znów przypadek? 


Nie chce od razu wszystkiego tam zmieniać. Ktoś kiedyś o te działkę dbał, ktoś ją kochał, a ja to szanuję. Staram się tak prowadzić swoje prace ogrodowe by nie niszczyć tego co posadzili tam poprzednicy. Poza tym postanowiłam, że przez pierwszy sezon skupię się na zapoznaniu, obserwowaniu i zaprzyjaźnieniu się z działką, sprawdzę co tam i gdzie rośnie. Intensywne prace odkładam więc na przyszły rok i zacznę dużo wcześniej niż w maju. Bo w tym roku dopiero od tego miesiąca miałam dostęp do tej działki.  
  
Ale nie cały czas jest słodko i tak „różowo”. Zaliczyłam już na początku lipca swój pierwszy kryzys na zasadzie „chyba mnie porąbało że ja to wzięłam”. Była złość, łzy i chęć porzucenia mojej „inwestycji”. Wydawało mi się wówczas, że choćbym nie wiem ile tam robiła to i tak ona nie będzie w niczym przypominać działek zza płotu. Ale już następnego dnia mi przeszły wszystkie wątpliwości. Taka już jestem. 
Na pociechę mam to, że los mi sprzyjał i że natura w cudowny sposób odwdzięcza mi się za to, że ją przygarnęłam i oswoiłam. Lubię ogrody w wiejskim stylu. Generalnie kocham wszystkie rośliny, a kwitnące szczególnie. Jednak uwielbiam mieczyki, hortensje, malwy, piwonie, naparstnice. I los mi znów sprzyjał, bo okazało się, że na mojej działce rosną dwa kolory piwonii – amarantowa i bladoróżowa. Są jeszcze dwie młode, które nie kwitną. Kolejną dosadziłam. Mieczyki też będą o czym wcześniej wspomniałam. Ale jaka była moja radość i zaskoczenie, gdy któregoś dnia odkryłam, że z wielkich liści wyszła łodyżka z „kuleczkami”, z których później rozwinęły się piękne, ciemnofioletowe kwiaty. Mam malwy!!!
 
Stan owocowy przedstawia się następująco: dwie jabłonki, agrest, porzeczka czerwona i 4 czarne, orzech włoski i wielki krzak jeżyny (który podejrzewałam o to że jest różą…) oraz parę krzaczków truskawek. To rośliny, z których można zbierać owoce. Część owoców już zebrałam, zrobiłam przeciery, konfitury i nastawiłam nalewki. Rośnie też brzoskwinia, wiśnia, śliwa i grusza, ale są zaniedbane, może chore, w każdym razie owocują słabo lub wcale.  

A na zakończenie dodam, że choćbym była niewiadomo jak zmęczona i jadąc na tę działkę z resztkami sił i z obowiązku (bo podlać trzeba), to jednak po przekroczeniu bramy wjazdowej dostaje takiego zastrzyku energii, że dopiero wieczorny chłód i naciągające ciemności (oraz komary) potrafią mnie stamtąd wypędzić.