Nie, nie narzekam, ja nie z takich. Potrafię doceniać to co mam, bo życie mnie chwilami nie rozpieszczało, a nawet powiedziałabym, że mi dokopało. Ale ja jestem z gatunku tych, co nie biadolą i narzekają. Ja "zadaniowa" jestem. Jest problem to trzeba rękawy zakasać i działać. Problemy są po to by je pokonywać. Problemy są po to by nas hartować, by ubogacać, rozwijać, zmuszać do poszukiwania rozwiązań, a więc bycia kreatywnymi. To oczywiście moja teoria i liczę się z tym, że nie każdy musi się z nią zgadzać. I ta moja filozofia nie oznacza też tego, że ja proszę się o problemy. Oczywiście, że najlepiej jak ich nie ma. Jak wszystko się dobrze układa, idzie przysłowiowo "jak po maśle". Ale każdy z nas wie, że tak się nie zdarza. No przynajmniej nie zawsze. Ale pewnie to już tak jest skonstruowane, że raz jest lepiej, a raz gorzej. Może właśnie po to, by docenić to "lepiej"? To tak jak burza i słońce, jak noc i dzień, czerń i biel, zima i lato... No bo dlaczego zachwycamy się piękną pogodą? Bo wiemy, że tak nie jest zawsze i cieszymy się gdy słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, motylki fruwają i takie tam...
Jejku, ale przecież ja nie o tym dziś pisać chciałam. A o czym chciałam? O upodobaniach chyba. Bo tak to by można określić. Co mi się podoba, co lubię, za czym tęsknię, o czym marzę. Oj gdyby tak o tym wszystkim napisać to książka by pewnie powstała. Więc dziś tylko fragment tej układanki.
Z rzeczy materialnych lubię wszystko co stare. Stare domy, meble, tkaniny, porcelanę, dodatki wnętrzarskie itp.
Jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, to częściowo się moje marzenie spełniło. Niby nie mam starej, wiejskiej chatki, gdzieś pod lasem, o jakiej marzę od lat, ale miejsce jest stare. Mieszkam w kamienicy. Nie wiem ile dokładnie ma lat, ale wiem że jest już pod opieką konserwatora zabytków i w sprawie remontu mojego mieszkania musiałam tam uzyskać stosowne zgody i akceptacje. Wiem, że zbudowali ją przed wojną Niemcy, którzy tutaj na Pomorzu wówczas byli przecież "u siebie". Kamienica ma dwa pietra, co łącznie z parterem daje trzy poziomy plus poddasze. Na każdym piętrze są dwa mieszkania. Posiada też boczną oficynę z osobną klatką schodową i malutkimi kawalerkami. Przy moim remoncie, w związku z dokonywanymi małymi przeróbkami, potrzebny był projekt budowlany, który robiła mi pewna Pani Ewa - architekt, która była właśnie pracownicą owego wspomnianego konserwatorium. Od niej właśnie dowiedziałam się, że kiedyś na każdej kondygnacji było jedno duże mieszkanie, do którego prowadziło jedno główne "oficjalne" wejście od frontu oraz było też drugie boczne wejście do mieszkania z tej oficyny. Mieszkająca tam rodzina miała do dyspozycji ponad 160 m2, posiadała też służbę, która mieszkała w osobnych pokoikach właśnie w tej bocznej oficynie, a do mieszkania "Państwa" wchodziła przez kuchnię przez to boczne wejście z oficyny. Po II wojnie światowej, ze znanych nam z historii przyczyn, Niemcy opuścili te tereny, a kamienice poszły "do podziału". W przypadku mojej każde mieszkanie zostało podzielone na dwa mniejsze po ok. 80 m2, co i tak było ponoć bardzo łaskawe, bo Pani Ewa powiedziała, że jest kilka kamienic w moim mieście o podobnym układzie i wielkości i tam mieszkania zostały podzielone na 3 części. Tak więc od września 2011 roku, od 4 lat mam przyjemność żyć w takim miejscu, można by powiedzieć - trochę już historycznym.
Przez wiele lat kamienice w moim mieście, mieszczące się w centrum, to było gniazdo marginesu i patologii. I tacy ludzie mieszkali poprzednio w moim, obecnie ślicznym, mieszkaniu. Często nawet się mówiło, że tutaj to strach po zmierzchu wychodzić z domu. Dzielnica ta przez wiele lat przedstawiała przysłowiowy obraz nędzy i rozpaczy. Odrapane tynki, brudne, śmierdzące klatki schodowe, zaśmiecone podwórka, pijani mieszkańcy w bramach i na ławkach, dzieci biegające po ulicach, bo tu nie ma placów zabaw. Taki obrazek sprzed lat większość ma przed oczami. W kamienicach toalety często były wspólne na klatce schodowej, trzeba było palić w piecach, a wodę podgrzewać samodzielnie. Jeśli ludzie mieli wybór - to nie chcieli tu mieszkać. W PRL młodzi i wykształceni "walczyli" o nowe mieszkania na nowopowstających osiedlach, zazwyczaj na obrzeżach miasta, z łazienką i toaletą, bieżąca ciepłą wodą i centralnym ogrzewaniem.
Teraz to już przeszłość. Dziś kamienice przeżywają swój "renesans". Piękne i wyremontowane są łakomym kąskiem, zwłaszcza, że zlokalizowane są w samym centrum miasta, gdzie wszędzie jest blisko.
Jednak w moim przypadku na początku nie było tak pięknie. Zastałam to mieszkanie w stanie totalnej ruiny. Mój remont trwał pół roku i w zasadzie poza cegłą to wszystko już tam jest nowe: okna, drzwi, tynki, wszystkie instalacje, armatura. Nawet ogrzewanie musiałam całe zrobić od podstaw, bo jest odgórne zalecenie, że w centrum odchodzi się od ogrzewania paliwem stałym na rzecz alternatywnego, czyli elektrycznego lub gazowego, aby ograniczyć emisje zanieczyszczeń. Musiałam więc rozebrać piece.
A oto parę zdjęć stanu jaki zastałam w dniu, w którym dostałam klucze.
Wybierając zdjęcia celowo pominęłam te najbardziej drastyczne, oszczędzając Wam widoku stanu podłóg, okien, tynków i detali w łazience.
Mieszkanie wyjściowo w oryginalnym układzie miało dwa duże pokoje (każdy sporo ponad 20m), dużą kuchnię (również ponad 20 m) i łazienkę z przedsionkiem. Jest to duże i wysokie mieszkanie przejściowe. Do mieszkania prowadziły drzwi główne bezpośrednio do jednego z pokoi, z tego pokoju przechodziło się w jedną stronę do drugiego pokoju oraz w drugą stronę do kuchni, a dalej przez nią do łazienki przez mały przedsionek, gdzie było drugie wejście do mieszkania z bocznej klatki schodowej. Poprzednicy w kuchni, korzystając z tego że są tam dwa okna, wydzielili mały pokoik, który został zrobiony z jakiś płyt czy czegoś w tym rodzaju, przez co zmniejszyli kuchnię. Stan techniczny tej konstrukcji pozostawiał wiele do życzenia.
Po remoncie jest zupełnie inaczej. Całkiem ładnie wyszło. Oczywiście podstawowego układu mieszkania nie dało się zmienić, co podyktowane jest ścianami nośnymi i rozkładem okien. Ale trochę pozmieniałam. W moim układzie podzieliłam jedn pokój na dwa mniejsze dla dzieci, przy drzwiach wejściowych postawiłam ściankę przez co oddzieliłam wejście do reszty pokoju, zlikwidowałam "pokoik" w kuchni oraz zlikwidowałam boczne wejście (zamurowałam) a o przedsionek powiększyłam łazienkę.
A oto migawki z remontu.
| wejście do mieszkania - widok od strony klatki schodowej, | a poniżej od strony mieszkania z widoczną po lewej stronie dobudowaną ścianką |
![]() |
| kuchnia, już bez dzielącej ją ścianki | a poniżej "fartuch" w kuchni |
| pokój główny i widok z niego na kuchnię a dalej na łazienkę |
![]() |
| tutaj ten sam widok na kuchnie i łazienkę ale już z ościeżnicami |
![]() |
| na końcu widać piec gazowy który zawisł na ścianie po zamurowaniu wejścia bocznego do mieszkania |
| jeden z pokoi już po podzieleniu na dwie sypialnie dla dzieci |
Czasami rozwód czy też owdowienie wprawiają kobiety w przerażenie. I ze mną też tak było. Pojawiają się lęki i obawy, jak sobie w życiu poradzę? Nagle wpadamy na tzw. głęboką wodę. Ta głęboka woda to życie i problemy, z którymi łatwiej daje się radę we dwoje. Bardzo często nie umiemy wtedy pływać w tej wodzie. Albo tak tylko nam się wydaje. Niektóre kobiety w takiej sytuacji, powiem metaforycznie, topią się, idą na dno, potrzebują ratownika (np. może to być nowy facet). Inne, odkrywają nagle że jednak potrafią pływać, a jeszcze inne bardzo szybko się tego uczą. W moim przypadku okazało się, że jednak umiem pływać. Tylko przez wiele lat małżeństwa nigdy ta umiejętność nie była mi potrzebna i dlatego nie miałam okazji by się o tym przekonać. Nagle okazało się, że potrafię więcej niż mi się wydawało, że potrafię udźwignąć więcej niż przypuszczałam, i że mam w sobie tyle siły o jaką nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała.....
Aczkolwiek rozwodów nie pochwalam i do nich nie zachęcam. Małżeństwo i rodzina jest dla mnie święta. I ponad wszystko cenię i szanuję ludzi którzy są razem i wspierają się w życiu przez wiele długich lat, aż do końca.
Lecz czasami nie wszystko zależy od nas. Czasami przegrywamy, pomimo ogromnej walki i energii skierowanej na ratowanie. Ale wówczas trzeba tę siłę i energię skierować w innym, nowym kierunku i uwierzyć, że nowe, choć inne, tez będzie fajne....






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz