piątek, 27 stycznia 2017

Koniec dnia w pracy

Ku pamieci.
Migawki z dziejszego dnia w pracy.
Jeszcze rano skrobalam szybki w aucie po wczorajszym i nocnym mrozie a w dzien piękne slonko i pogoda prawie jak wiosenna. Gdyby to byl koniec lutego ucieszylabym sie ze powoli nadchodzi ale 27 stycznia wiem, że zima jeszcze może nas mocno zaskoczyc. Warto jednak cieszyc sie tak miła odmianą po dlugich mrozach.
A w pracy dzis wyjatkowo spokojnie i milo.
Z samego rana przyszła jedna przesyłka.

A pod koniec dnia w pracy kolejna.

Czas w pracy czesto umila mi ekspres do kawy. Choc nie tylko on.
Dziś w wersji z cukrem cynamonowym.

czwartek, 26 stycznia 2017

Moja nietypowa cząstkowa analiza SWOT


Po co to pisze?
Żeby móc za jakiś czas do tego wrócić i porównać czy i jak ewoluuje moja osoba.
To co się składa na psychikę człowieka to wg mnie jego charakter, usposobienie, temperament, osobowość. Nie umiem każdej z tych składowych scharakteryzować oddzielnie w odniesieniu do mojej osoby.

Na pewno w różnych okresach swojego życia taka charakterystyka wypadła by inaczej. To wiem na pewno. Z wiekiem zmieniam się. Zmieniają się moje postawy, poglądy, potrzeby, itp., itd.
Z pewnością wynika to z tego, że z wiekiem nabrałam dystansu do wielu spraw. Nauczyłam się odpuszczać, nie spinać, nie walczyć.

Co mnie charakteryzuje? Co przychodzi mi na myśl w pierwszej kolejności?
Otóż mam głęboko zakorzenione umiłowanie piękna, ładu i harmonii (niech to będzie nr 1, 2, 3).

Nawiązując do pkt 1 czyli umiłowania piękna - kocham wszystko co poprawia wizerunek, począwszy od mojego wyglądu, poprzez mój dom, a na świecie skończywszy.
W odniesieniu do siebie samej staram się dbać o wizerunek dlatego lubię ładne i kobiece ciuszki, kosmetyki, a moim fetyszem są torebki. Mogłabym mieć ich niezliczoną ilość. Kiedyś jeszcze namiętnie kupowałam buty. Ale od czasu, gdy zaczęłam mieć problem z ich przechowywaniem oraz zorientowawszy się, że wielu z nich później i tak nie noszę - przystopowałam nieco. Choć i tak mam po kilka par na każdy sezon. I wciąż kupuje nowe. I nadal ich przybywa. Wiadomo dlaczego. Od czasu jak częściej przemieszczam się autem niż pieszo - buty już się nie zużywają tak szybko. Dodatkowo w moim wieku z butów już się nie wyrasta, bo cały czas jest ten sam rozmiar. Ponadto niektóre buty nosimy krótko, bo jedna pora roku trwa tylko parę miesięcy. Więc jedna para butów służy mi czasem latami. Jeśli znikają z półki to zazwyczaj dlatego, że zwyczajnie już mi się znudziły albo zmieniam styl ubierania. Oddaje innym.
Tak więc moją dbałość o piękno rozpoczynam od samej siebie. Oczywiście niezależnie od tego co robię i ile to i tak do piękna mi daleko... Ale staram się ubierać ładnie, raczej klasycznie, choć niekoniecznie elegancko, jednak zdecydowanie bez ekstrawagancji, staram się mieć zawsze ułożone włosy, a na pewno świeże i umyte, maluje się delikatnie, bo nie chodzi mi o to by coś eksponować lub podkreślać, raczej by ukryć niedoskonałości, biżuterię noszę skromną, bez efektu sroki. To tyle w temacie JA.
Uwielbiam też dbać o otaczająca przestrzeń i dlatego nie bez znaczenia pozostaje to jak i gdzie mieszkam. Na to "gdzie" to niekoniecznie wpływ miałam do końca. Bo jak wiadomo chciałabym mieszkać w domu z ogrodem, najlepiej dużym, a jeszcze lepiej na wsi, lub wręcz pod lasem. Ale jeśli już przyszło mi mieszkać w mieście i miałam jakiś tam symboliczny wpływ na to, gdzie to mieszkanie będzie - zdecydowałam się na kamienicę, bo lubię wszystko co retro. I w takim też trochę klimacie urządzam swoje wnętrza. Bo na to "jak" mieszkam wpływ mam już niewątpliwie zdecydowany. W moim domu nie ma klasycznych nowoczesnych zestawów, typu meblościanka, narożnik. Trudno nawet znaleźć dwa takie same meble, bo nawet krzesła przy stole są różne.
Czy tak jest ładnie? Nie wiem sama. Kwestia gustu.
Kiedyś było inaczej. Jeszcze np. 10 lat temu urządzając swoje poprzednie mieszkanie (wtedy jeszcze jako mężatka, więc na wystrój wpływ miałam nie tylko ja) kupowaliśmy meble o nowoczesnej linii, z dodatkami typu stal, matowe szkło, itp. W pokoju stała wielka kanapa w czekoladowym kolorze i nowoczesnym, kanciastym stylu oraz zestaw mebli z tej samej linii, w kuchni był wysoki blat i hokery zamiast stołu. Obecnie od wielu już lat nie byłam w klasycznym meblowym sklepie. Kupuje meble na giełdach, przez Internet, w sklepach z artykułami pochodzenia zagranicznego i dlatego każdy mebel jest inny. Ale ja to lubię. Mimo tego pozornego misz-maszu wszystko utrzymane jest w jednym stylu, klasyczne, w podobnej kolorystyce w ramach jednego pomieszczenia, tworzy całość i jest (chyba?) miłe dla oka. Najważniejsze, że ja się w tym odnajduję, dobrze czuję oraz tak czują się też moje dzieci.

W dbałości o moje osobiste otoczenie nie bez znaczenia pozostaje fakt, że lubię porządek. I to też nawiązuje do pkt 2 czyli umiłowania ładu. Lubię ład w swoim życiu, w pracy, w domu, nawet pokuszę się o stwierdzenie, że też na świecie. Bo w mojej wewnętrznej filozofii wszystko ma swoje miejsce. Gwiazdy mają swoje miejsce we wszechświecie, lądy i wody mają swoje miejsce na ziemi. I dlatego uważam, że człowiek też ma swoje miejsce w czasie i przestrzeni, bo rodzi się w takim, a nie innym momencie i w takim, a nie innym miejscu. I mamy też swoje miejsce w życiu innych ludzi. Czasami gościmy tam przez chwilę, czasami dłużej, a czasami jesteśmy w ich życiu aż do śmierci. Z tym porządkiem w moim życiu to różnie bywa, bo jak wiadomo życie czasem płata nam figle i miesza nieźle, czasem nawet wbrew naszej woli. Ale zawsze staram się, możliwie szybko, wszystkie poplątane nitki życiowe wyprostować i poukładać.
Każda rzecz i przedmiot też mają swoje miejsca. Dlatego dbam o porządek w otaczającej mnie przestrzeni. Lubię sprzątać, bo kocham efekt, który w tej prostej czynności uzyskuję - czystość, ład, porządek. Moje ulubione sprzęty to odkurzacz, mop, miotła, ścierka, gąbka do naczyń. W wersji ogrodowej wymienić tu mogę jeszcze grabie i sekator. Uwielbiam sprzątać. Ponoć to nie jest normalne. Cóż.... Mnie jakoś to nie przeszkadza w życiu. Choć moje umiłowanie porządku czasami bywa uciążliwe dla współmieszkańców, bo wiecznie zaganiam wszystkich do segregowania, sprzątania, układania... No cóż, jak ktoś jest typem bałaganiarza, to potem uporządkowanie przestrzeni zajmuje dłuższą chwilę. Dla mnie bałaganiarz to nie ten kto ma bałagan (bo nawet i mnie on się trafia), ale ktoś komu bałagan w życiu nie przeszkadza. Ktoś kto potrafi z nim żyć dłużej niż chwilę i nie stara się go zlikwidować. Ale ja uważam, że jest w tym pewne niebezpieczeństwo. Bo jeśli przyzwyczaimy się do bałaganu w otoczeniu, zaakceptujemy go, to istnieje ryzyko, że w pewnym momencie nie będzie nam też przeszkadzał bałagan w życiu osobistym...
Kim jest bałaganiarz? Na pewno nie jest to ktoś kto ma chwilowy rozgardiasz, bo taki jest czymś naturalnym w każdym domu, o ile nie trwa dłużej niż parę dni. Ja nie potrafię odnaleźć się w pomieszczeniach, gdzie rzeczy nie mają sobie właściwych miejsc, wszystko jest odkładane przypadkowo, na chybił trafił, niby na chwilę, a leży tam nieskończenie długo.
Chcecie wizualizację? Proszę bardzo. Papierki na podłodze zamiast w śmietniku. Przeczytana książka całymi tygodniami leży na podłodze choć w pokoju jest regał na książki. Zdjęte z suszarki rzeczy rzucone "na chwilę" na krzesło leżą tam wiele dni, a nawet parę tygodni. Czyste rzeczy mieszają się na tych krzesłach z brudnymi. Na biurku stoi talerz z resztkami jedzenia i to nie wczorajszymi, ale z wyraźnymi oznakami zeschnięcia, czyli sprzed kilku dni co najmniej. Kubek po kawie stoi tak długo, że zdążył się już przykleić do podłoża. Wkrętarka leży w pokoju cały czas na podłodze, choć od ostatniego jej użycia minęły ponad trzy tygodnie. Piasek na podłodze wyraźnie zgrzyta co oznacza, że zbiera się tam wystarczająco długo. Kurz na parapetach miał randkę ze ścierką wiele tygodni, a może miesięcy temu. Na innych powierzchniach płaskich kurzu nie widać tylko dlatego, że wytarty został niechcący rękawem lub przykryty jest wieloma innymi rzeczami, które narastają tam w zastraszająco szybkim tempie. Na biurku leżą wyrzucone na szybko z portfela stare paragony, do ewentualnego posprzątania, które nie nadchodzi na tyle długo, że na niektórych zdążył już wyblaknąć nadruk. Mogłabym tak nieskończenie wiele przykładów podać. Bałaganiarz to też ktoś kto nawet gdy sprząta to nadal ma bałagan. Bo przekładając rzeczy z jednego miejsca na drugie jest święcie przekonany, że wykonał kawał dobrej roboty i nie może zrozumieć dlaczego jego wysiłki nie zostały dostrzeżone.
Zapewniam, że wiem co mówię. Od kilku lat żyje z kimś takim i cierpię okrutnie, gdy przebywam w jego pomieszczeniach. Kiedyś próbowałam go mobilizować do regularnych, bieżących porządków. Motywowałam, tłumaczyłam, zachęcałam. Obecnie już nie walczę z tym tak intensywnie jak kiedyś. Trochę już przywykłam. Przymykam oko, a czasami wręcz wolę nie patrzeć, żeby się nie dołować. W końcu to jego dom. Ale wciąż nie umiem zrozumieć jak on może tak żyć i jak to możliwe, że to mu nie przeszkadza. Często narzeka na nudę, w wolnych chwilach na siłę szuka zajęcia, ale nie posprząta. Bo to właśnie o to chodzi, że on nie sprząta, nie dlatego że nie ma czasu czy siły, ale właśnie dlatego że nie widzi, że coś jest nie tak jak być powinno.... Życie w chaosie nie przeszkadza mu .... Staram się jednak nie robić już z tego problemu. Cenię go za inne wartości. Ale pewnie będziemy się ścierać, jeśli kiedyś przyjdzie nam żyć razem. A może to właśnie tak ma być? Może dane nam jest być razem, żeby się uzupełniać? Bo może właśnie los postawił mnie na jego drodze, bo ja kocham sprzątać? Hahaha..... I przyznaję, że czasem to u niego robię. I choć widzę, że to wpędza go w zakłopotanie, co skutkuje często tym, że zabrania mi sprzątać, to tłumacze mu zawsze, że ja to lubię, że przy okazji korona mi przecież z głowy nie spadła. On za to pomaga mi w ogrodzie, poświęcając na to bardzo dużo swojego czasu. No to mamy równowagę. Typowa transakcja handlowa. Coś za coś. Bo w przyrodzie i w życiu musi być równowaga. Harmonia...

I tu odnośnie pkt 3 czyli umiłowania harmonii. Lubię żyć w harmonii z Bogiem, ludźmi i naturą. Jak to się przekłada na moje życie? Jestem osobą nie tylko wierzącą, ale szczerze i prawdziwie wyznającą zasady chrześcijańskie w swoim życiu. Tak też wychowuję swoje dzieci. Np. nigdy niczego nie ukradłam, czy przywłaszczyłam sobie, nie oszukuję, nie kłamię, nie kombinuję, nie plotkuje, nie oczerniam, nie osądzam, jestem sprawiedliwa, serdeczna, uczynna, nie pozostaję obojętna na ludzką krzywdę (zwierzęcą też). Miłuj bliźniego swego jak siebie samego - to moja naczelna zasada w relacjach z innymi. Dlatego też żyję w zgodzie ze wszystkimi, nawet jeśli nie do końca mogę powiedzieć, że kogoś lubię. Szanuje każdego bez względu na jego stanowisko, wykształcenie, stan majątkowy czy status społeczny. Zraniona czy skrzywdzona - długo nie chowam urazy, wybaczam.
Żyję też - na tyle ile się da - w zgodzie z naturą, przyrodą. Jeśli już nie mam wielkiego wpływu na poprawienie stanu środowiska, to przynajmniej staram się tego nie psuć jeszcze bardziej. Oto przykłady. Skrupulatnie i konsekwentnie segreguje śmieci. Bardzo często nadaje rzeczom i ubraniom tzw. drugie życie bo kupuję je w second handach. Ograniczam do minimum używanie jednorazowych reklamówek - zawsze noszę w torebce torbę na zakupy. Kiedy mam kilka spraw do załatwienia w jakiejś dzielnicy w rożnych punktach - zostawiam samochód na jednym z parkingów i między poszczególnymi punktami przemieszczam się pieszo.
Żyje w zgodzie z czasem, porami dnia i roku. Nie buntuję się przeciwko temu na co nie mam wpływu. Niektórzy mi mówią, że to rzadko spotykane, ale ja nigdy nie narzekam na pogodę, nawet jeśli mi ona w danym miejscu i momencie nie odpowiada. Studiowałam geografię i może dlatego łatwiej mi zrozumieć pewne cykle i procesy w przyrodzie. Bo natura rządzi się swoimi prawami. Musimy to uszanować i zaakceptować. I być może dlatego trochę się czasem wkurzam na ludzi, że tak bardzo chcą nią sterować. Kocham wszystko co Pan Bóg stworzył. Od maleńkiego źdźbła trawy począwszy, przez motylka, sarenkę, na monumentalnych górach skończywszy. I naprawdę potrafię się tym szczerze cieszyć.
I to jest taka moja harmonia, moje życie w zgodzie ze wszystkim.

Co stanowi moje zagrożenie?
Lękliwość przed nowym. Wielu nieznanych mi rzeczy boję się na wyrost, wręcz w myśl zasady strach ma wielkie oczy. Chyba dlatego, że boję się ewentualnej porażki. Dlatego zbyt często się poddaję i nie podejmuję niektórych nowych wyzwań, bo boję się że nie podołam, że się ośmieszę, że będzie mi przykro, że coś nie wyszło.
Czarnowidztwo. Tak już mam, że w każdym podejmowanym działaniu widzę najpierw minusy i ewentualne możliwe straty, a dopiero przy głębszej analizie zaczynam dostrzegać plusy i korzyści. Źle mi z tym, staram się z tym walczyć, ale nie przychodzi mi to łatwo. Konsekwencją takiego rozumowania jest to, że niechętnie podejmuję się nowych wyzwań. Nie lubię ryzyka. Tak bardzo bowiem boję się tych potencjalnych strat i niepowodzeń, że potrafi mnie to skutecznie odstraszyć od podjęcia działania i świadomie rezygnuję z możliwych do osiągnięcia gratyfikacji. Bo ze mną jest tak, że wolę czegoś więcej nie mieć, niż stracić coś z tego co mam.
Upór. Jeśli już coś robię to do końca. A jeśli wiem, że mam rację to uparcie będę trwać przy swoim zdaniu.
Niecierpliwość. Nie umiem długo czekać na efekty swojej pracy. Szybko się więc zniechęcam w podejmowanych działaniach, gdy dany proces trwa długo i nie widać choć minimalnych wyników.
Niechęć do zmian. Nie lubię zmian i dlatego jak już się do czegoś przyzwyczaję to będę w tym trwać do końca, nawet gdy ewentualne "nowe" może być o wiele lepsze. Jedyną zmianą jaką łatwo znoszę, a nawet lubię, to zmiana mieszkania. Być może dlatego, że lubię urządzać swoje M, a gdy już gdzieś zbyt długo mieszkam, to niewiele mam tam do zrobienia. Może dlatego kupiłam działkę, żeby mieć kolejny kawałek przestrzeni do zagospodarowania.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Styczniowe wspomnienia

Styczeń to jeden z tych miesięcy, które ciągną się i wydają dłuższe od innych. 
Wakacje i lato mijają szybko. Wrzesień również. Wtedy zaczyna się rok szkolny - pojawiają się, a właściwie wracają, obowiązki szkolne i szybko jest po miesiącu. Potem październik, o ile jest ładny i ciepły to spora część dnia ucieka w ogrodzie. 
Najgorszy jest listopad. Zmiana czasu pod koniec października sprawia, że drastycznie skraca się dzień, który o tej porze roku i tak jest zdecydowanie krótszy niż latem. Grudzień też byłby ciężki, ale słodzą go świąteczne zawirowania. Porządki, zakupy, gotowanie i oczekiwanie na święta, a wraz z tym narastająca atmosfera świąteczna sprawiają, że grudzień mimo, że zimny i ciemny to jest nawet fajny. 
A potem przychodzi styczeń, gdy już niczego nie świętujemy tak hucznie i z pompą, na nic nie czekamy (chyba że na wiosnę). I ciągnie się jakoś długo .... Luty już nie jest taki nam straszny, bo ma mniej dni i kojarzy się z walentynkami oraz coraz dłuższym dniem. Mając świadomość, że po nim następuje marzec, który oficjalnie jest miesiącem dającym początek wiośnie, to znosimy go łatwiej.
Ale styczeń dobiega powoli końca. 2/3 za nami. Oto więc takie sobie styczniowe rozważania....
Rozstałam się już z choinką. Lubię te lampeczki kolorowe po zmierzchu. Pozytywnie mnie nastrajają. Ale już spakowane. Do następnego roku.

Choinkowe wspomnienia....





 A pozostało z niej tyle.... :-)


Również w pracy pożegnałam się ze świątecznymi akcentami. Szczególnym sentymentem darzę szopkę, która stoi w moim pokoju, a którą w ramach prac warsztatowych zrobili z nauczycielem zawodu moi wychowankowie. Figurki pochodzą już ze sklepu.



15 stycznia odwiedziłam mój ogródek. Pierwsza połowa stycznia była u nas bardzo zimowa. Udało mi się więc uchwycić w obiektywie moją działeczkę w zimowej odsłonie, bowiem od kilku dni mamy już ocieplenie i odwilż. 






Zaliczyłam też chwilę pod ratuszem przy okazji 25 finału WOŚP. 




A co poza tym?
Czytam ostatnio sporo o kosmetykach naturalnych. Głównie za sprawą mojego ostatniego zakupu próbek kremów Vichy, gdzie w opisie jednego z nich znalazłam informację, że nie zawiera parabenów. Potem gdzieś przypadkiem trafiłam na materiał na temat stosowania konserwantów w kosmetykach i poszło.... 
Czytam sobie więc co nieco o naturalnych produktach do pielęgnacji twarzy, włosów i ciała. Zapoznaję się z firmami, ofertą produktów naturalnych, ich działaniem, porównuję ceny. Planuję przestawienie na tego rodzaju kosmetyki.  Spróbuje dokończyć to co zaczęłam, a w międzyczasie powoli będę kompletować produkty z nowej linii. 

Szkolne problemy mojego starszego dziecka na chwilę obecną uległy wyciszeniu. Wszystko wróciło do normy. Dziewczę się ogarnęło, pozbierało i wzięło do pracy. Aż miło patrzeć, gdy widzę ją przy biurku nad książkami. Trochę staram się jej w tym pomagać. Oczywiście nie oznacza to, że odrabiam z nią lekcje, bo jest na to zdecydowania za duża, a poza tym od początku edukacji uczę dzieci w tym zakresie pełnej samodzielności. Ale gdy szykuje się sprawdzian chętnie pomagam przy powtarzaniu materiału, odpytuję, tłumaczę zawiłości procesów. Córka jest w klasie z rozszerzonym programem geografii i matematyki. W matematyce pomagają "obce" korepetycje. Z geografią radzimy sobie doskonale w warunkach domowych, bo w końcu to jest Mój przedmiot. Takie studia właśnie skończyłam... 

Młodsza radzi sobie sama. Jedyna pomoc jakiej oczekuje i jaką często świadczę to... manualna. Szczerze przyznam, że nigdy nie sądziłam że przyjdzie mi się wyżywac artystycznie. A ostatnio właśnie często pomagam przy witrażach, aniołkach, itp... 
Mała uczy się świetnie. Jeśli nie pogorszą się jej wyniki do końca roku szkolnego to znów będziemy mipasek na świadectwie. Z angielskiego jest fenomenalna. Właśnie przygotowuję się do wojewódzkiego etapu konkursu przedmiotowego. Rozmawiałam z jej nauczycielką z tego przedmiotu i była zaskoczona, że nie uczęszcza na żadne prywatne lekcje angielskiego. Była przekonana, że takie efekty osiąga właśnie dzięki temu. Starsza ma prywatny angielski już od ponad 10 lat i nawet wiele razy zastanawiałam się czy nie zapisać również młodszej. Ale jakoś tak z kasą krucho, więc odwlekałam decyzję i tak uciekał nam rok za rokiem. Ciekawe czy rośnie z niej mały poliglota czy ma zdolności tylko do tego języka? W VII klasie dojdzie jej dodatkowy język obcy i wtedy się okaże. Starsza np. uwielbia angielski, natomiast niemieckiego nie znosi.

Tak więc, podsumowując, w ostatnich dniach w pracy, w domu i w sercu spokój. Wszystko się kręci wg ustalonych trybów. Cieszy mnie ta monotonia. Ja generalnie lubię gdy jest tak zwyczajnie, bez ekscesów, zmian, zawirowań. Nie lubię zamieszania w życiu, drżenia serca i lęku o to co będzie. Może to dlatego, że w swoim życiu wystarczająco dużo już mi się namieszało i pozmieniało wbrew mej woli. Może wyczerpałam już limit życiowej adrenaliny. Cisza, spokój, harmonia, monotonia, rutyna a nawet nuda wcale mi nie straszne. Choć przyznaję, że mam świadomość, że zapewne jeszcze nie raz mnie życie zaskoczy.

wtorek, 10 stycznia 2017

A miało być lepiej...

Nowy rok miał przynieść poprawę. A przynajmniej na to liczyłam. Nie jestem idealistką i miałam świadomość, że cały czas idealnie nie będzie. Ale miałam nadzieje, że choć wraz z początkiem roku odetchnę, odpocznę od zmartwień i nazbieram energii, naładuje rozładowany trudnym rokiem 2016 akumulator. No ale niestety nie ma lekko. Spokój, który gościł w moim sercu okazał się tylko pozorny. Wczorajszy poranny telefon od wychowawczyni mojej starszej córki zupełnie mnie wybił z rytmu. Jest problem i muszę znaleźć rozwiązanie. Nie jest to łatwe zadanie zwłaszcza, że dziecko nie za bardzo chce współpracować. Musze uzbroić się w cierpliwość. A niestety cierpliwość to nie jest cecha, którą otrzymałam przy narodzinach w pakiecie. Lubię zadania, które szybko się rozwiązuje, żeby mieć wszystko z głowy. Niestety nie umiem czekać.

A poza tym u nas zima w pełni. Długi weekend mroźny i śnieżny. Dopiero dziś czuć powoli, że odpuszcza. Śnieg zaczyna topnieć.


W niedzielę wybrałyśmy się z młodszą moją latoroślą na spacer nad morze. Dobrze, że wybrałam miejscowość, gdzie jest małe molo, bo spacer wzdłuż brzegu morza zupełnie by nam nie wyszedł, gdyż zalało plażę całkowicie.



czwartek, 29 grudnia 2016

Życzenia dla mnie

Został już niewielki kawałek tego roku. W zasadzie nie wiem czemu nad tym rozmyślam, po co analizuję, skoro nigdy nie przywiązywałam wagi do tego wydarzenia jakim jest koniec czy początek roku. Dla mnie to zawsze była tylko zmiana daty. I teraz też staram się nie robić z tego wielkiego zamieszania.
A jednak jest jakiś niepokój we mnie, gdy wszyscy dookoła składają mi życzenia na Nowy Rok. Boję się co przyniesie. Ten, który się właśnie kończy nie był dla mnie łaskawy. Przyniósł zmiany, jedne których się nie spodziewałam, inne na które nie byłam jeszcze psychicznie przygotowana. 

Na pewno będę starsza o kolejny rok. Niby nic wielkiego. Ale dla mnie upływający czas robi się coraz bardziej dokuczliwy. Widzę zmiany na swojej twarzy. I niekoniecznie to efekt starzenia się. Przede wszystkim odbija się na niej ogrom doświadczeń, którymi obdarzył mnie los. Nie wszystkie są dobre i warte wspominania. Dlatego staram się nie rozmyślać. Nie drążyć.
Wierzę, że nic w życiu nie dzieje się bez powodu. Może to infantylne rozumowanie, ale czasem pomaga znieść przeciwności losu. Bo skoro tak miało być to nie pozostaje nic innego jak się z tym pogodzić, zaakceptować i żyć dalej z nadzieją w sercu, że może innym razem się uda.
A jeśli jednak wciąż się nie udaje, to może tak ma też być. Może nie jest nam dane coś mieć czy przeżywać. Bo czasem z perspektywy czasu okazuje się, że brak czegoś jest dla nas wybawieniem. Czasem pragniemy czegoś co dla nas może się okazać zgubne, a na pewno bywa ulotne.

Tak naprawdę to nawet szczęście jest ulotne. Bo czasem tak się czujemy, a czasem nie. Dlatego tak cenimy ten stan ducha. Bo jest ulotny. Bo wiemy, że jest jak ładna pogoda. Raz jest, raz jej nie ma. I dlatego tak bardzo ludzi cieszy słoneczny piękny ciepły dzień.

Życzę sobie więc więcej powodów do uśmiechu, a nawet śmiechu, takiego szczerego, spontanicznego, nawet do bólu brzucha. Życzę sobie zielonej wiosny, kwitnącej pięknie w moim ogrodzie, pięknej opalenizny latem i śniegu na Święta. Życzę sobie jak najwięcej słońca i jak najwięcej szczęśliwych chwil. 

środa, 21 grudnia 2016

Coraz bliżej święta, cora bliżej święta....

Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu więc dziś choć parę słów o tym co u mnie w chwili obecnej.

Moje singielstwo zawieszone. Jakoś tak czułam, że to długo nie potrwa, że przyjdzie tzw. "koza do woza". Ale żeby nie wyszło tutaj, że ja taka zawzięta i wredna jestem to zupełnie szczerze przyznaję, że źle mi było w tym odwyku. Dogadaliśmy się. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w naszym wspólnym życiu. Sprawa wyjazdu przesunięta w czasie na "nie wiadomo kiedy". Na razie jakoś jest ok. W miniony weekend byliśmy razem u niego w domu. Może po prostu częściej będziemy tam wpadać to jakoś łatwiej zniesie to życie na "obczyźnie". Bo tak właśnie postrzega życie tutaj w moim mieście. Jak zesłanie. Chociaż zesłał się sam, bo oficjalnie przyznał, że jest tutaj ze względu na mnie, dla mnie i tylko z mojego powodu. No i chwała mu za to!

Wczoraj zafundowałam sobie dzień wolny i trochę spraw ogarnęłam w domu i przy garach. Czekałam z obiadkiem na córeczki powracające ze szkoły. Przyznały, że fajnie tak jest i że to super mieć niepracującą mamę. Też tak myślę. Ale niestety na to mogą sobie pozwolić tylko kobiety, których mężowie na tyle dobrze zarabiają, że ich pensja wystarcza na życie całej rodziny. Ja jestem sama i muszę pracować. U nas to konieczność. Na szczęście dzieci to rozumieją.

Wigilia za trzy dni. Część jedzonka przygotowana. Przynajmniej ta, którą można było zamrozić. Zostały już tylko te potrawy, które muszą być świeże. Mieszkanie wysprzątane. Oczywiście zostały te bieżące porządki, które i tak robi się praktycznie codziennie czy co parę dni. Zostały mi jeszcze prezenty do kupienia. Oczywiście nie wszystkie, bo część już mam. Dziś rano do domu zjechał synuś. Mamy go na całe 4 dni. W I dzień świąt wraca do Poznania.

Luby zapowiedział, że dziś wybierzemy się na zakupy. Będziemy kupować choinkę. Chce też żebym mu pomogła wybrać coś dla mamy i siostry. Pewnie przy okazji chce się zorientować co mi "wpadnie w oko".

W pracy spokojnie i wybitnie świątecznie. W każdym pokoju stoją choinki i inne świąteczne akcenty. W przerwach między obowiązkami wszystkie kobitki gadają o karpiach, pierogach i prezentach. Jest miło.

To dobry czas w moim życiu. Jestem spokojna, zadowolona, szczęśliwa.

środa, 30 listopada 2016

Idą, ida święta...


Mamy już adwent. Pierwszy raz w tym roku zorganizowałam w domu wieniec adwentowy. Skromny prosty bez ekstrawagancji. Wytłumaczyłam najmłodszemu dziecku jego sens i znaczenie oraz pogadałam trochę, przy okazji poruszonego wątku świątecznego, o tradycjach w Polsce. Mała kupiła pomysł zrobienia adwentowego wieńca na tyle chętnie, że błyskawicznie zaangażowała się w jego przygotowania. No to mamy już zapaloną pierwszą świecę jako symbol trwającego pierwszego tygodnia adwentu.


Wczoraj odwiedziłam Castoramę. Wizyta była konieczna ze względu na przymus zakupu nowego węża od prysznica. A przy okazji nie oparłam się pokusie i zajrzałam na stoisko z ozdobami świątecznymi. Obiecałam sobie już nie kupować więcej, bo mam tego naprawdę dużo i moja choinka jest naprawdę wystrojona "na bogato". Jednak jak zwykle znalazłam coś czego nie mam a oczywiście chciałabym mieć. Mój zestaw bombek powiększył się o czerwone serduszka i złote gwiazdki. Oczywiście zostały już wykorzystane do dekoracji wieńca.


Dziś planuję powyciągać pudła z ozdobami i przejrzeć swój "świąteczny majątek". Sprawdzę przy okazji czy lampki działają, bo potem często na ostatnią chwilę biegamy i szukamy. Choinkę zwykle kupuję około połowy grudnia, ale ubieramy ją w wigilię lub w wigilię wigilii.

Trzeba też zrobić rozeznanie prezentowe. Kilka upominków mam już kupionych, na kilka czekam aż dotrą przesyłki, a resztę muszę jeszcze wymyślić. Mam taki zwyczaj, że kupuję dzieciom zwykle po kilka rzeczy za określoną łączną sumę równą dla każdego. Np. dla córki mam koszulkę, książki, perfum. W podobny sposób kompletuję to dla pozostałych. Każdą rzecz pakuję osobno. W ten sposób pod choinką jest dużo paczuszek i jest tak kolorowo i bogato.


Przed nami też zakupy produktów potrzebnych do przygotowania potraw wigilijnych i świątecznych. Nie chce zostawiać tego na ostatnią chwilę. To co można chce kupić wcześniej, tak by na liście zakupowej pozostały tylko te rzeczy, które muszą być świeże i kupione w ostatniej chwili.

Muszę też wygospodarować czas na choćby pobieżne porządki. Wiem, że ostatnio lansowany jest pogląd, że w święta się odpoczywa, że po co to całe zamieszanie, po co ta bieganina, po co tyle potraw, po co to sprzątanie, itp. Ja jestem tradycjonalistką!! Lubię to przedświąteczne zamieszanie. Więc uważam, że kto nie che niech nic nie robi, bo przecież nie musi. Szanuję to. Ale niech też inni szanują to, że niektórzy chcą przygotować się do świąt w taki sam sposób jak ja. Niech każdy święta spędza tak jak chce i lubi. A ja lubię tak jak to drzewniej bywało. Bo sprzątanie przed świętami jest okazją by odkurzyć wszystkie kąty. Raz na kwartał w każdym domu się to przydaje. Więc uważam, że nawet gdyby świąt nie było, to i tak o tej porze roku generalne porządki by były pożądane.

A że 12 potraw na wigilię to przesada? Może... ale skoro tradycja taka, to ja się z nią spierać nie będę. W tej dwunastce przecież jest też np. kompot czy smażona ryba, a z tym nie ma wielkiego zachodu z przygotowaniem. Można też wliczyć ciasta. Owszem, nie da się tego przejeść podczas jednej kolacji, ale przecież są lodówki i zima, więc niektóre produkty można zwyczajnie za okno.... My chętnie w pierwszy, a czasem nawet i drugi dzień świąt odgrzewany pierożki czy rybki. W święta dzięki bogato wyposażonej lodówce naprawdę odpoczywamy, śpimy długo, oglądamy filmy, chodzimy na spacery, pełen relaks.