piątek, 18 listopada 2016

Z pasją o pasjach

Pasja (cyt. z Wikipedii) - czynność wykonywana dla relaksu w czasie wolnym od obowiązków. Może łączyć się ze zdobywaniem wiedzy w danej dziedzinie, doskonaleniem swoich umiejętności w pewnym określonym zakresie albo też nawet z zarobkiem. Głównym celem pozostaje jednak przyjemność płynąca z uprawiania hobby.

I dziś właśnie o tym myślę dużo. Bo czytając inne blogi często widzę z jaką pasją ludzie zajmują się pewnymi sprawami i z jeszcze większą pasją o tym później piszą. Mnie oczywiście najbardziej przyciągają treści związane z urządzaniem wnętrz. Blogi, które opisują niby zwykłe życie, ale jednocześnie pokazują w tej zwykłości odrobinę wyrafinowania. Często czytając podpatruję jak mieszkają inni. Przyznam, że niejednokrotnie zainspirowało mnie to do zmian, podsuwało pomysły, nowe rozwiązania. Niestety wiele też razy zdarzało się tak, że spodobało mi się coś, a jednak nie mogłam zrealizować tego pomysły czy zachciewajki z bardzo prozaicznego powodu - brak środków.

Czy ja mam jakieś pasje? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nigdy nawet nie przywiązywałam wagi do tego czy mam pasję czy nie. Zasadniczo nie myśląc o tym - było mi to zupełnie obojętne. Ale dziś - skoro już zapoznałam się z definicją - to stwierdzam, że chyba mam. No bo skoro jest to czynność wykonywana w czasie wolnym dla relaksu i sprawiająca przyjemność - to tak, mam pasję. A więc co mi sprawia przyjemność? Na co tracę swój wolny czas?
Oczywiście na podium tej wyliczanki będzie rodzina, dom, ogród. Ale to dość ogólnikowe określenia. W ten sposób to prawie połowa ludzkości mogłaby odpowiedzieć. Ale gdyby rozwinąć wszystkie te pojęcia i zagłębić się w czynności z nimi związane to szybko uzyskamy odpowiedź co lubimy, a co nie, co sprawia nam przyjemność, a czego unikamy.

Może jestem dziwna, ale lubię.... sprzątać. Można by powiedzieć - w nawiązaniu do zacytowanej wcześniej definicji - że to jest moja pasja. Bo poświęcam na to swój czas wolny i robię to dla przyjemności. A co w tym przyjemnego? Przyjemny jest wysiłek, bo większą część dnia w pracy spędzam w pozycji siedzącej za komputerem. Przyjemny jest też efekt tego działania, bo lubię czyste powierzchnie, świeży zapach i ład dookoła. Widok np. kurzu, brudnej podłogi, porozrzucanych rzeczy - dekoncentruje mnie. Jeśli mam odpoczywać i się zrelaksować to nie uda mi się to w pomieszczeniu gdzie jest chaos. Tak już mam. Może dla kogoś to dziwactwo, ale mnie to nie utrudnia życia i nie przeszkadza. Tak więc z dziką czasami wręcz przyjemnością chwytam odkurzacz, miotłę czy mopa i pędzę niczym Baba - Jaga przez te moje metraże. Lubię też, gdy wszystko ma swoje miejsce i tam się znajduje. Przysposabiam więc domowników do tego nawyku lansując takie oto hasło - "użyłeś, skończyłeś - odłóż na swoje miejsce".

Gdy już skończę to sprzątanie to pasjami lubię czytać. A przy okazji uwielbiam kupować książki. Chociaż chyba jest odwrotnie... Chyba kupowanie książek sprawia mi większą przyjemność niż ich późniejsze czytanie. Tak więc moją pasja jest kupowanie książek, a czytanie jest konsekwencją tego. W tym kupowaniu jest dla mnie coś metafizycznego. Nie umiem tego racjonalnie wyjaśnić. Jednak kupowanie książek sprawia mi większa przyjemność niż np. kosmetyków czy ciuchów. A szczególnie lubię dokonywać tych zakupów przez internet. Nie umiem tego opisać, ale z niecierpliwością wyczekuję nadejścia przesyłki. A gdy już mam ją w ręce, to aż ciarki przechodzą w momencie rozpakowywania. Wyjmuję z namaszczeniem z opakowania ten magiczny prostokąt, gładzę okładkę, wciągam zapach świeżej książki, normalnie kręci mnie to. I jest jeszcze coś dziwnego. Mam nadzieję, że to źle nie będzie zrozumiane. Otóż kupując książki czuję się lepsza od innych. Nie każdy bowiem kupuje książki. W sumie to nawet niewielki odsetek społeczeństwa je kupuje. Niektórzy z braku środków, a niektórzy z powodu innych priorytetów. Nie chce tego rozwijać, żeby kogoś tu nie urazić.  

Najwięcej czytam latem i od późnej jesieni do wiosny. W pozostałych okresach roku wolny czas spędzam w ogrodzie. Oczywiście latem jak czytam, to też w ogrodzie, ale jest to pora roku, która sprzyja urlopom i wówczas mam więcej czasu, żeby się ze wszystkim wyrobić.

No i w ten sposób dotarłam w swej opowieści do mojej kolejnej pasji, którą jest ogrodnictwo. Pielęgnowanie ogrodu to dla mnie wyjątkowa forma relaksu. Nie powiem, żebym w ten sposób odpoczywała, ale zapewniam że jest to radosne zmęczenie i bardzo satysfakcjonujące. W tym roku każdą chwilę w ogrodzie dzieliłam z Moim Wybranym. Wspólnie pracowaliśmy i wspólnie wypoczywaliśmy.


Ogromna przyjemność, radość i satysfakcje daje mi zagospodarowywanie mojego domu, czyli wykonywanie wszystkich czynności, które służą poprawieniu jakości życia w domu. Składa się na to szereg czynności. Od zwykłego sprzątania począwszy, poprzez zakupy wyposażenia, na remontach skończywszy. Wszystkie te czynności uwielbiam!!! Sprzątam w zasadzie codziennie i na bieżąco, więc zajmuje mi to chwile, bo nigdy jeszcze nie zapuściłam mieszkania tak, bym musiała sprzątać wiele godzin. No chyba że mamy tzw. "generalki" np. przed świętami, lub wiosenne, lub wakacyjne, lub jesienne... Hm... każdy powód jest przecież dobry :)
Ale poza sprzątaniem to uwielbiam jeszcze poprawiać wizerunek domu. Przestawienie mebli? - tak! Zmiana zasłon? - chętnie! Nowy obrus?, kubki?, talerze? - jak najbardziej! Dotychczas byłam zwolenniczką klasyki i wersji retro. Biegałam po giełdach staroci wyszukując między innymi takie oto perełki ...


Ale ostatnio zainspirowana blogiem pewnej Izy odkryłam nową miłość u siebie. Skorupy Katy Alice. I niekoniecznie muszą być dokładnie tej marki. Chodzi jednak o styl. Wyszukuję więc ostatnio ceramiki z kwiatkami, w kropeczki, paseczki, itp. Upodobałam sobie również wszystko co pastelowe, a szczególnie blady róż, mięta, błękit.

Lubię też gotować. I nie chodzi tu o jakieś wyrafinowane pichcenie i eksperymentowanie, kulinarne wyżyny. Nawet nie chodzi o samo gotowanie, ale o dogadzanie bliskim. Gotuję więc nie tyle dla samego gotowania, co dla radości sprawianej tym, których kocham. Gotuje dla dzieci i dla Mojego Wybranego. Moje potrawy to jest wszystko czego potrzebuje człowiek by przeżyć. Od kanapek, poprzez zupy, dana mięsne, do słodkości i  przetworów. Jak poniżej...





poniedziałek, 14 listopada 2016

Weekendowe leniuchowanie

Dziwnie jest być mamą dorastających i dorosłych dzieci. Ja w ten etap wkroczyłam całkiem niedawno i może dlatego jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego nowum. Spełniając się od blisko 10 lat w roli samotnej matki miałam zawsze każdy dzień wypełniony po przysłowiowe brzegi. Pojęcia typu "telewizja", "wolny czas", "książka" nie funkcjonowały w moim życiu. Po pracy czekała dodatkowa praca, a później pranie, sprzątanie, zakupy, przygotowywanie posiłków, pomoc w odrabianiu lekcji i zabawa w policjanta. Tak właśnie określałam siebie samą - domowy policjant. To ciągle pilnowanie, upominanie, dyscyplinowanie, przypominanie, etc, niejednokrotnie było dla mnie naprawdę męczące. Niektóre sformułowania - powtarzane wielokrotnie w ciągu dnia, dziesiątki razy w tygodniu, setki w miesiącu będą mnie prześladować w pamięci chyba do końca życia: wynieś śmieci, odrób lekcje, nakarm królika, posprzątaj pokój, zrób to, tamtego nie rób, itp. Czasami miałam ochotę odpuścić, wrzucić na przysłowiowy luz, i nie raz tak robiłam, udawałam, że nie widzę, nie słyszę...
Chcę być dobrą mamą. A w moim odczuciu dobra mama to taka, która wyposaży dziecko w zestaw niezbędnych cech potrzebnych do szczęśliwego życia i prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie, w rodzinie itp. Czasami można odpuścić, przymknąć oko, ale nie może stać się to regułą w wychowaniu. Dlaczego więc mnie to czasem męczyło? Wytłumaczę na prostym przykładzie. Weźmy np. dwoje rodziców z jednym dzieckiem. Rodziców takich, którzy obowiązki rodzicielskie w miarę sprawiedliwie dzielą między sobą i jeśli założymy, że np. istnieje potrzeba oddziaływania na jedno dziecko 10 razy w ciągu dnia, to każde z tych rodziców upomina dziecko 5 razy dziennie. W podobnej sytuacji ja - sama z trójką dzieci - robiłam to 30 razy dziennie. Widać różnicę? Ale nie pisze tego by się żalić, narzekać, marudzić. Nie jestem typem malkontenta.

Dziś wszystko wygląda inaczej. Jedno dziecko mieszka już osobno, drugie - u progu dorosłości - jest w pełni samoobsługowe, samodzielne, mało absorbujące. Owszem dużo rozmawiamy, spędzamy razem czas, ale zaliczyłabym to raczej do przyjemności niż obowiązków. Choć nie ukrywam, że męczące są dla mnie czasami długie dysputy na temat istoty i ważności wykształcenia w życiu. To w ramach motywowania do wykrzesania u starszej córki chęci posiedzenia przy biurku w wiadomym celu. Zresztą całkiem nowym, ślicznym i duuużym biureczku. Tak jak chciała. Wszystko zgodnie z  życzeniem. No bo czegóż to się nie zrobi, by tylko dziecko chciało się uczyć :)

Im dzieci są coraz starsze, a zwłaszcza po wyprowadzeniu się syna dostrzegam różnice w codziennym funkcjonowaniu naszego domu. Rzadziej "chodzi" pralka. Suszarka na pranie często stoi pusta, choć dawniej wiecznie była zajęta, a czasem nawet i drugą dostawiałam. Robię mniejsze zakupy. Prawie codziennie jemy obiad, bo mogę przygotować go wieczorem na następny dzień bez bez ryzyka, że ktoś o słabej woli (czytaj: synuś :)) nie oprze się pokusie skonsumowania na kolacje tego co na jutro.
Teraz, jesienią mam zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Oczywiście złożyły się na to aż trzy czynniki: dorastające dzieci, pożegnanie z dodatkową pracą oraz zakończenie sezonu ogrodowego.
Czym to skutkuje? Więcej mam czasu na czytanie, oglądanie, szycie i spędzanie w towarzystwie, które daje mi radość i powera :) Jest fajnie !

A za mną wyjątkowy weekend. Spędziłam go tylko z najmłodszą córką, bo starsza wyjechała na rekolekcje, a ukochany do rodziny. Święto Niepodległości uczciłyśmy najlepiej jak się dało. W końcu udało się wyjść na spacer, na lody i gorącą czekoladę. Upiekłyśmy górę ciasteczek, kruche z lukrem oraz zbożowe z czekoladą. Fajnie i słodko było. Najlepsze zawsze w tym wszystkim jest lukrowanie. Już nie mogę się doczekać robienia pierniczków. Resztę weekendu spędziłam w pozycji siedzącej lub półleżącej. Dużo czytałam, oglądałam filmy i naprawdę wypoczęłam jak nigdy dotąd. Aż chwilami zbrzydło mi to już. Brakuje mi życia towarzyskiego, spotkań z rodziną, koleżankami. Gdy jestem w związku (jaki by nie był, formalny czy nie) to cały swój wolny czas angażuje w życie uczuciowe. Każdą wygospodarowaną wolną chwilę spędzam z ukochanym. Bo to mi daje najwięcej radości. Ale minus takiej sytuacji jest taki, że gdy faceta zabraknie to ja nie wiem co mam począć ze sobą, nie umiem sobie miejsca znaleźć. I tak było tym razem. Ale od dziś wszystko wraca do normy. Praca dom córeczki i czas na budowanie związku ...
 
A tak poza tym to mamy zimę. Stopniowo robiło się coraz chłodniej i chłodniej, dni coraz krótsze. Aż tu nagle w miniony wtorek o pranku czekała niespodzianka - skrobanie szyb w aucie i tak jest właściwie codziennie. Nie ma się co oszukiwać zima nadciąga i mam dziwne przeczucie, że w tym roku da nam popalić.

  

poniedziałek, 31 października 2016

Jesienne porządki

Zmiana czasu zaowocowała tym co każdego roku przychodzi pod koniec października. Szybciej robi się ciemno. Tak więc teraz nawet krótka wizyta na działce po pracy jest niemożliwa, gdyż szarzeje od 16, a koło 17 robi się ciemno. Żeby zajrzeć do mojego Raju potrzebny jest dzień wolny. Dziś niedziela więc to wykorzystałam. Nawdychałam się więc świeżego powietrza, ukoiłam duszę ciszą, nacieszyłam oczy zielenią, rozgrzałam mięśnie grabiąc liście i uwieczniłam na koniec jesienne wspomnienia na zdjęciach.

Trawa wciąż jeszcze zielona :) ładniejsza niż latem

Mój ogródek w jesiennej kolorystyce 

Wrzosy pięknie kwitną. Nic dziwnego. Przecież to symbol jesieni



Róże nadal wypuszczają pąki. Uwielbiam każde kwitnące cudo, ktore dodaje kolorów na zielonym tle ogrodu. Ale róże dla mnie są szczególne. Nie dość, że piękne, to jeszcze kwitną tak długo.

A Hortensja jest urocza nawet po zaschnięciu

Urocza prosta ławeczka w desek odzyskanych z palet wykonana rok temu przez mojego syna. Potraktował to jako zabawę i wypełnienie czasu podczas jednej z wizyt na działce, a wyszło bardzo ładnie. Ławeczka trzyma się dzielnie stojąc przez cały rok na dworze i służy nam na wiele sposobów.
Truskawkowe pole nieco zapuszczone w tym sezonie. Będzie co robić na wiosnę

Borówki ubrały się w jesienne kolory

Ogniskowe resztki. Już marzę o wiosennym pieczeniu kiełbasek

A to dzieło tegorocznego lata. Narzędziówka. Brakuje jeszcze pobejcowania. Ale gdy już została skończona to kończyło się lato. Coraz częściej padało. A mokrych desek nie chcieliśmy malować. Będzie to jedno z naszych pierwszych przedsięwzięć na wiosnę.

Orzech gubi liście.  Jest tego strasznie dużo

A tak na tle nieba wygląda nasza "łysa" już papierówka.
A poniżej jej liście, które udało mi się zgrabić



A poniżej moje iglaki. Choć nie jestem wielbicielką tego typu nasadzeń - chyba głównie dlatego że nie kwitną - to ich narzucona obecność na mojej ziemi trochę zmieniła moje nastawienie. Otrzymałam działkę, na której rosły już tuje i jałowiec i bez problemu zaakceptowałam ich obecność. A w tym roku poszłam nawet o krok dalej w tym kierunku i zasadziłam małe cudeńko pinius conica, do czego przymierzałam się od ubiegłego roku. Pojawiła się też nieplanowana inwestycja w postaci klasycznego świerku, który został mi podarowany przez mojego działkowego sąsiada Pana Michała.





Jeszcze tu wrócę jesienią :)

poniedziałek, 17 października 2016

Jesiennej depresji mówię NIE

Brr... Zimno jest. Niestety złota jesień już za nami.
Od 1 października ruszyłam z ogrzewaniem w domu.
Prace ogrodowe wstrzymane.
W sobotę pomimo chłodu podjęliśmy wyzwanie i trochę posprzątaliśmy ogródek przed zimą.
Myślałam, że tylko my odważymy się pracować na dworze, a okazało się że byli wszyscy nasi działkowi sąsiedzi. Wykopałam dalie, posadziłam kolejne dwie róże, zgrabiłam liście, usypałam kopczyki wokół hortensji i róż. Mam nadzieje, że nie zmarzną zimą.
Wiosną i latem każdą wolną chwilę wykorzystywałam na wizytę w ogródku. Teraz ten czas przeznaczę dla domu. Mam nawet parę zaległych pomysłów do zrealizowania.
25 września mój synuś wyjechał do Poznania. Regularnie dzwoni i zdaje mi relacje ze swojego nowego życia. Radzi sobie dobrze. To najważniejsze.
Jego pokój od razu przejęła młodsza z córek i to wywołało u mnie pomysł na remont tego pomieszczenia. Wyszło ślicznie. Będąc oczarowana efektem poszłam o krok dalej i odnowiłam też drugi pokój dzieci, czyli starszej córce. Każda z nich ma teraz swój własny pokój odświeżony, wysprzątany i pachnący. Myślę o malowaniu kuchni. Ale z tym poczekam trochę, bo chwilowo mam dość remontów.
W tym roku chce zadbać o zbudowanie atmosfery przedświątecznej w domu. Myślę o stroikach, piernikach, choince, światełkach itp. Do świąt jeszcze ponad 2 miesiące. Więc chce dobrze zaplanować wszystkie działania i rozłożyć je w czasie, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Ogólnie muszę przyznać, że jakoś pozytywnie jestem nastawiona do wszystkiego w tym roku pomimo chłodu, krótkich dni i powszechnie panującego przekonania, że jesień sprzyja depresjom.
Nie dam się :)

poniedziałek, 26 września 2016

Ogrodowe zmiany 2016

Mamy jesień, zarówno kalendarzową, jak i w w przyrodzie, co widać na zdjęciu poniżej. To widok z okna w moim mieszkaniu. 


Pierwszy jesienny weekend był cudownie letni. Całe popołudnie w sobotę i niedziele spędziliśmy na działce. Wczoraj siedząc na ławeczce i popijając kawkę zebrało mi się na podsumowania. Bo to był bardzo pracowity rok na działce. W tym sezonie wiosenno - letnim zrobiliśmy tam dużo więcej niż w ubiegłym roku. Może to dlatego, że w zeszłym roku działkę miałam dopiero od maja. I pewnie też dlatego, że potrzebowałam czasu na tzw. "rozkręcenie się", zapoznanie się z ogródkiem, oswojenie go. Tak więc ani się nie spostrzegłam jak nagle w ubiegłym roku skończyło się lato. Poza tym w ubiegłym sezonie nie miałam aż tak dużego wkładu czasu i pracy ze strony Mojego Mężczyzny.

Zmiany w tym roku: rozebrana szklarnia, dobudowana szopka narzędziowa, uporządkowana rabata kwiatowa wzdłuż płotu, utworzona od podstaw rabata różana, uporządkowany pas przylegający do altanki, przycięte drzewka i krzewy owocowe, dosadzone borówki, maliny, clematisy i winobluszcz.

Rozpoczęliśmy też przekopywanie małego placyku przed altanką, na którym obecnie panuje jeden wielki chaos, busz chwastowy itp. Chcemy to wykopać, zasypać i utworzyć tam kącik wypoczynkowy z ławeczką. Może zdążymy przed pierwszymi przymrozkami. Teraz pracujemy tylko w weekendy, gdyż w normalny dzień, zanim Mężczyzna wróci z pracy, to jest już 18 i szybko robi się ciemno i zimno. Liczę wiec na kilka ciepłych i suchych weekendów.

A póki co cieszę me oczy takimi kolorami.....








Z różami to ja mam całkiem już rozbudowaną historię, a nawet i histerię :).
Bo lubię je bardzo, choć nie wszystkie chyba lubią mnie. Przejęłam działkę z piękna różą wielkokwiatową, która posadzili tam poprzednicy. Nie znam jej nazwy. Kwitnie cudownie od czerwca do chwili obecnej. Mam też po poprzednikach róże damasceńskie, kwitnące wiosną.
W ubiegłym roku latem dosadziłam różę Chopin, ale chyba nie spodobało się jej u mnie - nie przyjęła się. Jesienią kupiłam korzystając z dużej przeceny dwie inne - Kronenburg i Tom Tom. Trochę stały sobie w altance, aż zrobił mi się początek listopada. Posadziłam więc je na szybko i bez namaszczenia i chyba tego im było trzeba, bo pięknie się przyjęły, rozrosły, a nawet jedna zakwitła. 
W tym roku niedawno dosadziłam kolejne dwie - Julia i Leonardo da Vinci.

Poniżej piękna róża posadzona przez poprzednich właścicieli działki. 

  

Otrzymana również "w spadku" po poprzednich właścicielach óże pienne damasceńskie Blush Damasc (chyba?), które nie powtarzają kwitnienia i zdobią ogród tylko wiosną, do maja. 




Powyżej zakupiona w ubiegłym roku Róża Kronenburg, która w tym roku pięknie zakwitła.

A poniżej dwie tegoroczne różane inwestycje.

 Róża Julia
Róża Leonardo da Vinci

W zestawieniu zabrakło zdjęcia Tom Toma.

 
Tak powstawała rabata różana
A tak wygląda obecnie

Pierwszy ptaszek wyfrunął z gniazdka

25 września 2016. Nowa ważna data w moim życiu. Wczoraj mój syn opuścił rodzinne gniazdko. Wyprowadził się z domu i wyjechał do innego miasta. Sytuacja jest wynikiem nowego etapu w jego życiu - rozpoczęcia studiów. Wyjechał wcześniej niż rozpoczęcie roku akademickiego, bo chciał mieć czas na aklimatyzację w nowym mieście, w nowym mieszkaniu, w nowej pracy. A za tydzień będzie też w nowej "szkole". Dużo nowości jak na tak krótki okres czasu. Wierzę, że sobie poradzi. Właściwie to wiem, a nawet jestem pewna, że sobie poradzi. To przebojowy i zaradny chłopak. Choć mam świadomość, że teraz jest mu ciężko. Na razie nikogo tam nie zna. Jest sam. Jestem cały czas myślami przy nim.

Jego pokój opustoszał nagle. Zabrał prawie wszystko, a resztę poprosił, by spakować w worki i kartony i przechować mu. Pokój przejęła po starszym bracie młodsza córka. Starsza w końcu, po 17 latach, ma swój własny pokój. Dotychczas dzieliła pokoje najpierw z bratem, gdy była mała, a od kilku lat z siostrą. Postanowiłam przy okazji odświeżyć pokoje dziewczyn. Czeka nas więc mały remont. Młodsza woli styl nowoczesny. Wybrała szary kolor i na jednej ścianie tapetę w kratę. Starsza preferuje romantyczne rozwiązania. Kolor miętowy lub lila i tapeta w kwiatową łączkę. Tak więc w domu szykują się zmiany.

czwartek, 8 września 2016

Wizualizacja marzeń

Mamy wrzesień. Wróciłam do starego rytmu dnia, starych obowiązków, utartych szlaków. Choć mam wrażenie, że jednak nie do końca jest jak dawniej. Bo jakoś tak więcej czasu mam ostatnio, który pozostaje do mojej dyspozycji i który mogę wykorzystywać w sposób jaki chce, jaki mi pasuje i sprawia przyjemność. Kiedyś tak się nie udawało. Myślę, że tak było głównie za sprawą nadmiernej ilości obowiązków i dodatkowej pracy. 12 godzin tygodniowo mniej w pracy to jest jednak sporo i wyraźnie to odczuwam. A przez 5 lat jednak wyrywałam ze swojego czasu te dwa popołudnia z wieczorami (bo do 22) albo miałam zajęte weekendy. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dzieci mam coraz starsze i to tez ma wpływ na ilość moich obowiązków i tego co "muszę". W zasadzie coraz mniej muszę. Ze szkoły już nikogo po pracy nie odbieram, lekcje odrabiają się same, bez mojego udziału, dziewczyny pranie powieszą, a czasem nawet wstawią, i zmywarkę rozładują, i podłogę odkurzą, a nawet umyją, obiad robimy na dwa dni, a nawet jak go nie ma to wszyscy są już na tyle samodzielni, że jakoś sobie radzą, nikt głodny nie chodzi, zapewniam.
Dzięki temu mam czas na ogródkowy relaks. I siedzimy tam z moim Szczęściem ile się da, a raczej na ile nam pozwolą komary. Jak nam się chce to coś zrobimy, a jak nie to odpoczywamy tylko.

Wraca i męczy mnie od czasu do czasu myśl i tęsknota za ślicznym małym wiejskim domkiem. Marzenia te mam tak intensywne, że już prawie widzę jak wygląda, z każdymi szczegółami. Widzę duży pokój dzienny na dole, z położoną obok kuchnią lub aneksem kuchennym, niewielką i przytulną łazieneczką, dalej drewniane schody prowadzące na górę gdzie będą dwa małe pokoiki, i może druga łazienka.

Widzę w salonie kominek, który ogrzewałby cały dom, duże okno z wyjściem na taras albo wprost do ogrodu, dużą  kanapę lub stylowy narożnik i nas tam zasiadających. Widzę deski na podłodze i  belki na suficie. Widzę nas przy stole jedzących obiad. Widzę duże łóżko w jednej sypialni na górze, a niej piękną haftowaną białą pościel, małe biureczko lub sekretarzyk, kwiaty na parapecie. W kuchni widzę szydełkowe zazdrostki w oknach, kaflowy piec, a przy nim mały zydelek, widzę Jego spracowane ręce krojące chleb na kanapki do pracy.
Ale przede wszystkim widzę nas wokół domu. Siebie w ogrodzie przy kwiatach. Jego w garażu przy aucie. Widzę ten niekończący się remont, elewacja domu, dach, rynny, drzwi, okna, naprawa płotu, równanie terenu pod ogród, remont, wykańczanie, a później urządzanie wnętrza.
I tego właśnie chcę od Życia!!! Bo widzę tam swoje szczęście.
Dla wielu takie marzenia są w zasięgu ręki. Dla mnie to jest nieosiągalne. Brak funduszy. Pensja nie najgorsza, ale zbyt mała by żyć z kredytem. A na spadek jakiś liczyć nie mogę. Ech, życie.....

Ale mam swój ogród. I korzystam z niego ile się da. A pogoda sprzyja.