czwartek, 28 kwietnia 2016
Ech, życie.....
Nie mam pojęcia co się dzieje w moim życiu? Generalnie, patrząc z boku, wydawałoby się że jest ok. Ale ja mam wrażenie, że życie ćwiczy moją cierpliwość i hart ducha na wszystkie możliwe sposoby. W gęstwinie zmian i problemów doszedł kolejny. Nie weszła mi wypłata na konto. Wszyscy już wczoraj mieli przed końcem pracy, a ja nie. Cierpliwie czekałam na popołudniowe księgowanie i też nic. Biegnie dziś drugi dzień i nadal nic nie mam. Łudzę się, że to opóźnienie w księgowaniu w banku, a nie jakaś hakerska niespodzianka. Staram się w ten sposób nawet nie myśleć, żeby nie prowokować złego.
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Idzie ku lepszemu......
Mój stan psychiczny powoli się stabilizuje. Sprawy bieżące wciągają i zajmują na tyle, by nie roztrząsać wszystkiego i nie zajmować się tym co nieistotne.
Powoli znów myślę o ogrodzie. Zaczynam robić plany. Na razie ruszam małymi krokami, by nie rzucać się na wielkie przedsięwzięcia, które łatwo mogą skończyć się niepowodzeniem i znów przyjdzie rozczarowanie. A po co mi to?
Trzeba więc planować i robić rzeczy małe, które w miarę łatwo się osiąga, by dać sobie szansę na sukces i satysfakcję z czegoś co w końcu wyszło. Nie podejmuję się więc wielkich i dalekosiężnych wyzwań z obawy przed porażką i dalszym wpędzaniem się przez to w poczucie beznadziei.
Chciałabym aby mój ogród był kolorowy, wesoły. Jak na razie dominuje w nim kolor zielony i żółty, czyli trawa i mlecze oraz żonkile. Czekam na tulipany i bez oraz konwalie, w dalszej kolejności na piwonie, róże, malwy, mieczyki, floksy, hortensje. To chyba wszystkie kwiaty jakie posiadam. Ubogo, prawda?
Powoli znów myślę o ogrodzie. Zaczynam robić plany. Na razie ruszam małymi krokami, by nie rzucać się na wielkie przedsięwzięcia, które łatwo mogą skończyć się niepowodzeniem i znów przyjdzie rozczarowanie. A po co mi to?
Trzeba więc planować i robić rzeczy małe, które w miarę łatwo się osiąga, by dać sobie szansę na sukces i satysfakcję z czegoś co w końcu wyszło. Nie podejmuję się więc wielkich i dalekosiężnych wyzwań z obawy przed porażką i dalszym wpędzaniem się przez to w poczucie beznadziei.
Chciałabym aby mój ogród był kolorowy, wesoły. Jak na razie dominuje w nim kolor zielony i żółty, czyli trawa i mlecze oraz żonkile. Czekam na tulipany i bez oraz konwalie, w dalszej kolejności na piwonie, róże, malwy, mieczyki, floksy, hortensje. To chyba wszystkie kwiaty jakie posiadam. Ubogo, prawda?
środa, 20 kwietnia 2016
Na zakręcie
Moje zawirowania życiowe nadal nie wyszły na prostą.
W życiu zawodowym następują od jakiegoś czasu niby subtelne i powolne, ale odczuwalne zmiany. A na pewno przeze mnie. Czy to idzie ku lepszemu czy gorszemu to jak na razie sama jeszcze nie wiem. Raz jest lepiej, a innym razem odwrotnie. Jaki to będzie miało finał? Tego jeszcze nie wiem.
W życiu uczuciowym zmiana. Rozpatrując to w kategoriach całokształtu to niby zła. Finał związku to zawsze jednak porażka. Ale wiem, że inaczej już się nie dało. Próbuje to przekuć na pozytywy. Na razie kiepsko mi idzie, ale wierzę że z czasem będzie mniej boleśnie.
W życiu rodzinnym też idą zmiany. Czy rzeczywiście się zdarzą i jakie, tego jeszcze nie wiem. W każdym bądź razie najstarsze dziecko chce mi wyfrunąć z gniazdka. A ja - jak to typowa matka kwoka - boje się. Ale przecież nie mogę dziecku podcinać skrzydeł.
W życiu finansowym szykuje się trudny okres. Za dwa miesiące kończy się moja dodatkowa umowa i od lipca stracę ok. 1,5 tys zł dochodu. Dla mnie to katastrofa. Przez rok załapię się na 500 plus. Ale to tylko 1/3 utraconych dochodów. Nie wiem co robić. Kredyt mnie wykończy. Najpierw psychicznie, a potem też pewnie fizycznie.
Gdy w sylwestra słuchałam bicia dzwonów o północy i patrzyłam na fajerwerki nad miastem, jakoś w podświadomości czułam, że idą zmiany w moim życiu, że to będzie trudny rok. Nie twierdzę, że jest najgorszy, ale chyba moja odporność psychiczna też jest już słabsza i dużo gorzej znoszę przeciwności losu niż w młodości.
I jakby tego wszystkiego było mało to narzuciłam sobie też ostry reżim w kwestii zbicia wagi ciała. Szału nie ma, ale przynajmniej czuje, że sprawność i kondycja się poprawia, a to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ćwiczę dużo. Wykorzystuje do tego prezent od moich córek. Staram się też biegać wieczorami. Z tym jest gorzej, bo pogoda nie rozpieszcza. Diety żadnej nie planowałam zastosować, bo uznałam, że najważniejsze to spalić zjedzone kalorie i przynajmniej zatrzymać dalszy przyrost tkanki tłuszczowej. Super laską to ja i tak już nie będę. Nie ten wiek. Zresztą przy takiej nadwadze i towarzyszącemu przez to rozciągnięciu skóry gwałtowny spadek wagi nie wypadłby dobrze. Choć przyznam, że niechcący i tak jem dużo mniej, ale to głównie za sprawą problemów osobistych. Ja już tak mam, że gdy się martwię to tracę apetyt. Zajadanie problemów to nie moja domena. Jest raczej odwrotnie. Gdy jestem szczęśliwa mam apetyt na życie i też na jedzenie i zachciewajki i wtedy tyje.
I jeszcze wpadłam dziś na pomysł jakiegoś wyjazdu. Krótkiej wycieczki gdzieś daleko. Sama. Dostałam dziś na maila reklamę jakiegoś biura podróży i tak jakoś zakiełkował we mnie ten pomysł. Czy dojdzie do realizacji? Tego też nie wiem. Wszystko zależy od wielu okoliczności. Jak zazwyczaj w moim życiu.
Strasznie dziś smucę, ale taki mam właśnie moment w życiu.
W życiu zawodowym następują od jakiegoś czasu niby subtelne i powolne, ale odczuwalne zmiany. A na pewno przeze mnie. Czy to idzie ku lepszemu czy gorszemu to jak na razie sama jeszcze nie wiem. Raz jest lepiej, a innym razem odwrotnie. Jaki to będzie miało finał? Tego jeszcze nie wiem.
W życiu uczuciowym zmiana. Rozpatrując to w kategoriach całokształtu to niby zła. Finał związku to zawsze jednak porażka. Ale wiem, że inaczej już się nie dało. Próbuje to przekuć na pozytywy. Na razie kiepsko mi idzie, ale wierzę że z czasem będzie mniej boleśnie.
W życiu rodzinnym też idą zmiany. Czy rzeczywiście się zdarzą i jakie, tego jeszcze nie wiem. W każdym bądź razie najstarsze dziecko chce mi wyfrunąć z gniazdka. A ja - jak to typowa matka kwoka - boje się. Ale przecież nie mogę dziecku podcinać skrzydeł.
W życiu finansowym szykuje się trudny okres. Za dwa miesiące kończy się moja dodatkowa umowa i od lipca stracę ok. 1,5 tys zł dochodu. Dla mnie to katastrofa. Przez rok załapię się na 500 plus. Ale to tylko 1/3 utraconych dochodów. Nie wiem co robić. Kredyt mnie wykończy. Najpierw psychicznie, a potem też pewnie fizycznie.
Gdy w sylwestra słuchałam bicia dzwonów o północy i patrzyłam na fajerwerki nad miastem, jakoś w podświadomości czułam, że idą zmiany w moim życiu, że to będzie trudny rok. Nie twierdzę, że jest najgorszy, ale chyba moja odporność psychiczna też jest już słabsza i dużo gorzej znoszę przeciwności losu niż w młodości.
I jakby tego wszystkiego było mało to narzuciłam sobie też ostry reżim w kwestii zbicia wagi ciała. Szału nie ma, ale przynajmniej czuje, że sprawność i kondycja się poprawia, a to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ćwiczę dużo. Wykorzystuje do tego prezent od moich córek. Staram się też biegać wieczorami. Z tym jest gorzej, bo pogoda nie rozpieszcza. Diety żadnej nie planowałam zastosować, bo uznałam, że najważniejsze to spalić zjedzone kalorie i przynajmniej zatrzymać dalszy przyrost tkanki tłuszczowej. Super laską to ja i tak już nie będę. Nie ten wiek. Zresztą przy takiej nadwadze i towarzyszącemu przez to rozciągnięciu skóry gwałtowny spadek wagi nie wypadłby dobrze. Choć przyznam, że niechcący i tak jem dużo mniej, ale to głównie za sprawą problemów osobistych. Ja już tak mam, że gdy się martwię to tracę apetyt. Zajadanie problemów to nie moja domena. Jest raczej odwrotnie. Gdy jestem szczęśliwa mam apetyt na życie i też na jedzenie i zachciewajki i wtedy tyje.
I jeszcze wpadłam dziś na pomysł jakiegoś wyjazdu. Krótkiej wycieczki gdzieś daleko. Sama. Dostałam dziś na maila reklamę jakiegoś biura podróży i tak jakoś zakiełkował we mnie ten pomysł. Czy dojdzie do realizacji? Tego też nie wiem. Wszystko zależy od wielu okoliczności. Jak zazwyczaj w moim życiu.
Strasznie dziś smucę, ale taki mam właśnie moment w życiu.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Zmartwienia
Przeżywam bardzo trudny okres w swoim życiu.
Nie mam nawet siły o tym mówić.
Piszę tu o tym, żeby pamiętać.
Czuje się tak jakby czołg po mnie przejechał.
Ech, życie.........
Nie mam nawet siły o tym mówić.
Piszę tu o tym, żeby pamiętać.
Czuje się tak jakby czołg po mnie przejechał.
Ech, życie.........
niedziela, 3 kwietnia 2016
Powrót na działkę
Siedzę właśnie na ławeczce na działce. Jestem tu od 13 a teraz już jest wieczór i wcale nie chce mi się wracać do domu. Słucham sobie świergolenia ptaszków, obserwuje latającego wokół mnie trzmiela i jest pięknie. Ciepło, przyjemnie, nawet wiaterek jest taki delikatny, ciepły, łagodny, jakby pieścił swoimi lekkimi dmuchnięciami.
Minął już czas krokusów i przebiśniegów. Teraz zaczyna się faza żonkili. Tulipany dopiero wychyliły z ziemi pojedyncze liście jakby na zwiady je wypuściły. Widziałam, że młode pędy maja hortensje, piwonie.
Powycinałam dziś to co suche, obumarłe, chore i niepotrzebne. Ale pracy przede mną jeszcze dużo. Na pewno przegapiłam moment na przycinanie owocowych. Tutaj dałam plamę. Teraz już chyba za późno, bo obsypane są już pąkami. Więc znów będę miała chaos na jabłonkach. Będzie znów dużo małych jabłuszek, zamiast dorodnych i dużych. Będę rozdawać. Bo musy to nie jest udane przedsięwzięcie. Zrobiłam ich w tamtym roku bardzo dużo. Początkowo schodziły na bieżąco, potem szły w słoiki. Ale gdzieś na poziomie grudnia przejadły się już mojej rodzince, a teraz przed Wielkanocą okazało się ze wszystkie sfermentowały się. Szkoda więc mojego czasu, cukru, wody i gazu. Trzeba jeść na bieżąco.
A w plenerze obserwuje też komary. Oj sporo ich. Brrr.....
W moim życiu nadal zamieszanie. Ale to na inna okazję pogawędka. Dziś nie chce psuć sobie nastroju .....
Minął już czas krokusów i przebiśniegów. Teraz zaczyna się faza żonkili. Tulipany dopiero wychyliły z ziemi pojedyncze liście jakby na zwiady je wypuściły. Widziałam, że młode pędy maja hortensje, piwonie.
Powycinałam dziś to co suche, obumarłe, chore i niepotrzebne. Ale pracy przede mną jeszcze dużo. Na pewno przegapiłam moment na przycinanie owocowych. Tutaj dałam plamę. Teraz już chyba za późno, bo obsypane są już pąkami. Więc znów będę miała chaos na jabłonkach. Będzie znów dużo małych jabłuszek, zamiast dorodnych i dużych. Będę rozdawać. Bo musy to nie jest udane przedsięwzięcie. Zrobiłam ich w tamtym roku bardzo dużo. Początkowo schodziły na bieżąco, potem szły w słoiki. Ale gdzieś na poziomie grudnia przejadły się już mojej rodzince, a teraz przed Wielkanocą okazało się ze wszystkie sfermentowały się. Szkoda więc mojego czasu, cukru, wody i gazu. Trzeba jeść na bieżąco.
A w plenerze obserwuje też komary. Oj sporo ich. Brrr.....
W moim życiu nadal zamieszanie. Ale to na inna okazję pogawędka. Dziś nie chce psuć sobie nastroju .....
czwartek, 24 marca 2016
Ocalić od zapomnienia
Zupełnie przypadkiem trafiłam w internecie na artykuł o starym pałacu na Wielkopolsce, który stoi i niszczeje. I mimo, że od tamtego wieczoru minęło już parę dni to ten temat siedzi mi nadal cały czas w głowie. Bo ten temat zahacza o to, co można by określić szumnym pojęciem marzenia, satysfakcją, spełnieniem.
Wiele takich dworków, pałaców stoi pustych i marnieje w oczach, bo czas nie ma litości dla nich.
Kocham wszystko co retro. Kocham styl dworkowy, stare meble, tkaniny, porcelanę, itp. Lubię wystrój w dawnym stylu, kocham piękne stare ogrody i parki.
Moim marzeniem jest żeby móc "zaopiekować się" takim starym, niechcianym, opuszczonym miejscem. Tyle tych dworków i pałacyków żyje gdzieś z dala od ludzi. Znam jeden taki pałacyk osobiście. Mój ojciec pochodził z pewnej małej wioski na Wielkopolsce, w której kiedyś przed wojną mieszkali Niemcy. W tej wiosce spędzałam u dziadków każde święta, ferie, wakacje, itp. I w tej wiosce stoi pałacyk po pewnym Wilhelmie. Po wojnie w tym pałacyku wydzielono mieszkania, a w jednym z nich mieszkała moja mała towarzyszka dziecięcych zabaw na wsi - Danusia. Spędzałam z nią tyle czasu ile się dało, i na ile babcia mi pozwoliła. Biegałam po tych pałacowych schodach i holach, bawiłam się w przypałacowym parku. I dlatego znam ten pałac, bywałam tam często i mam do niego sentyment. Po liceum poszłam na studia, przestałam jeździć na wakacje do babci, Danusia wyszła w tzw. międzyczasie za mąż i wyprowadziła się z pałacyku. Wkrótce ja też założyłam rodzinę, osiadłam daleko. Od swojej rodziny wiedziałam, że pałacyk zaczął pustoszeć z czasem. Kolejni mieszkańcy się wyprowadzali. Potem był pożar i część pałacyku uległa zniszczeniu. Wyszukałam sobie informacje na temat tego pałacyku w Internecie i okazało się, że kupiło go niedawno jakieś małżeństwo za ok. 250 tys dzięki zastosowanej bonifikacie. Tak więc choć jeden taki obiekt ma szanse na uratowanie.
A co z tymi pozostałymi? Dlaczego takie piękne miejsca muszą niszczeć jeszcze bardziej? Wiem, że tego typu obiekty zazwyczaj położone są na obszarach wiejskich, wiem że gmin nie stać by je remontować, dbać o nie, no i brak pomysłu co dalej z nimi. Dobrze byłoby więc gdyby poszły w prywatne ręce, które mogłyby zadbać o ich stan. Sama zajęłabym się taka jedną małą ruiną, by ocalić ją przed całkowitym upadkiem. Ale kogo w PL stać na zakup takiego obiektu, później jeszcze na remont, a następnie utrzymanie? Żeby uratować taki obiekt potrzeba ogromnych pieniędzy, nie tylko na zakup i remont, ale też na dalsze funkcjonowanie. Ogrzanie takich kubików to zapewne fortunę pochłonie. Wiele osób inwestuje pieniądze w taki obiekt, by później tam hotel, pensjonat czy restauracje założyć. Ale nie każde miejsce można w taki sposób później eksploatować, bo nie każda lokalizacja jest korzystna na ewentualne późniejsze pozyskanie klienta.
Jak np ten poniżej, położony niedaleko mojego miasta. Pałac jest piękny, ale zbyt duży jak na "zwykłą rodzinną posiadłość"....
Takich miejsc jest w naszym kraju bardzo dużo,a ja rozczulam się nad każdym z nich o którym wiem.
Poniżej przykłady dwóch uratowanych i zagospodarowanych obiektów w okolicy mojego miejsca zamieszkania, które znam i odwiedziłam osobiście.
A mnie się marzy taki stary mały dworek na uboczu, otoczony starym parkiem. Dworek parterowy, wykusze, okiennice, ganek, klomb, lipowa aleja, stare kasztanowce, mały staw. Ocaliłabym choć jedno takie miejsce od zapomnienia.... Wpuściłabym życie w te mury i wypielęgnowała zielone otoczenie. Historia jak w Ranczu, a właściwie w Sokulach.
Albo taki poniżej.... Drewniany.... Kryty strzechą..... Oszalałam chyba - zapewne ktoś pomyśli.
Ale dla mnie jest to poza zasięgiem. Nie mam takich funduszy. A nawet gdyby jakiś bank odważył się pożyczyć mi taką fortunę, to nie mam dochodów na poziomie wystarczającym na spłacenie kredytu.
Tak więc zadowalam się życiem w innym starym miejscu, które dzięki dbałości administratora i mieszkańców wciąż jest w dobrym stanie. Bo przyznaje, że wiele innych, starych kamienic w mojej dzielnicy zostało wyburzonych i na ich miejscu powstały nowe budynki tzw. plomby. Są ładne, dopasowane w stylu do okolicznych starych domów. Moja kamienica jest szarobura, nijaka i czeka na nową elewację. Mam nadzieję, że już niedługo to nastąpi, bo wiele innych w pobliżu zostało już odnowionych.
W moim starym mieszkaniu mam parę starych mebli. Oczywiście nie wszystkie. Szanuje gust i upodobania dzieci i w ich pokojach jest nieco bardziej nowocześnie. Ale kuchnia, salonik i mój pokój jest już nieco bardziej retro. Mieszkam tu dopiero 4 lata i mniej więcej tyle czasu zbieram te rzeczy więc moja "kolekcja" nie jest imponująca.
Pierwszym nabytkiem - i nadal jednym z bardziej lubianych - był komplet 4 dębowych stylowych krzeseł. Do ulubionych należą też dwa dębowe fotele i moje ukochane stare łóżko. Takie o jakim zawsze marzyłam - dębowe, szerokie, z grubym materacem i zdobionym zagłówkiem.
Oprócz starych murów i mebli, lubię też stare serwety, koronki, hafty oraz porcelanę.
Marzy mi się stary kredens, bieliźniarka, ech.... Mam cel :)
Wiele takich dworków, pałaców stoi pustych i marnieje w oczach, bo czas nie ma litości dla nich.
Kocham wszystko co retro. Kocham styl dworkowy, stare meble, tkaniny, porcelanę, itp. Lubię wystrój w dawnym stylu, kocham piękne stare ogrody i parki.
Moim marzeniem jest żeby móc "zaopiekować się" takim starym, niechcianym, opuszczonym miejscem. Tyle tych dworków i pałacyków żyje gdzieś z dala od ludzi. Znam jeden taki pałacyk osobiście. Mój ojciec pochodził z pewnej małej wioski na Wielkopolsce, w której kiedyś przed wojną mieszkali Niemcy. W tej wiosce spędzałam u dziadków każde święta, ferie, wakacje, itp. I w tej wiosce stoi pałacyk po pewnym Wilhelmie. Po wojnie w tym pałacyku wydzielono mieszkania, a w jednym z nich mieszkała moja mała towarzyszka dziecięcych zabaw na wsi - Danusia. Spędzałam z nią tyle czasu ile się dało, i na ile babcia mi pozwoliła. Biegałam po tych pałacowych schodach i holach, bawiłam się w przypałacowym parku. I dlatego znam ten pałac, bywałam tam często i mam do niego sentyment. Po liceum poszłam na studia, przestałam jeździć na wakacje do babci, Danusia wyszła w tzw. międzyczasie za mąż i wyprowadziła się z pałacyku. Wkrótce ja też założyłam rodzinę, osiadłam daleko. Od swojej rodziny wiedziałam, że pałacyk zaczął pustoszeć z czasem. Kolejni mieszkańcy się wyprowadzali. Potem był pożar i część pałacyku uległa zniszczeniu. Wyszukałam sobie informacje na temat tego pałacyku w Internecie i okazało się, że kupiło go niedawno jakieś małżeństwo za ok. 250 tys dzięki zastosowanej bonifikacie. Tak więc choć jeden taki obiekt ma szanse na uratowanie.
A co z tymi pozostałymi? Dlaczego takie piękne miejsca muszą niszczeć jeszcze bardziej? Wiem, że tego typu obiekty zazwyczaj położone są na obszarach wiejskich, wiem że gmin nie stać by je remontować, dbać o nie, no i brak pomysłu co dalej z nimi. Dobrze byłoby więc gdyby poszły w prywatne ręce, które mogłyby zadbać o ich stan. Sama zajęłabym się taka jedną małą ruiną, by ocalić ją przed całkowitym upadkiem. Ale kogo w PL stać na zakup takiego obiektu, później jeszcze na remont, a następnie utrzymanie? Żeby uratować taki obiekt potrzeba ogromnych pieniędzy, nie tylko na zakup i remont, ale też na dalsze funkcjonowanie. Ogrzanie takich kubików to zapewne fortunę pochłonie. Wiele osób inwestuje pieniądze w taki obiekt, by później tam hotel, pensjonat czy restauracje założyć. Ale nie każde miejsce można w taki sposób później eksploatować, bo nie każda lokalizacja jest korzystna na ewentualne późniejsze pozyskanie klienta.
Jak np ten poniżej, położony niedaleko mojego miasta. Pałac jest piękny, ale zbyt duży jak na "zwykłą rodzinną posiadłość"....
Takich miejsc jest w naszym kraju bardzo dużo,a ja rozczulam się nad każdym z nich o którym wiem.
Poniżej przykłady dwóch uratowanych i zagospodarowanych obiektów w okolicy mojego miejsca zamieszkania, które znam i odwiedziłam osobiście.
A mnie się marzy taki stary mały dworek na uboczu, otoczony starym parkiem. Dworek parterowy, wykusze, okiennice, ganek, klomb, lipowa aleja, stare kasztanowce, mały staw. Ocaliłabym choć jedno takie miejsce od zapomnienia.... Wpuściłabym życie w te mury i wypielęgnowała zielone otoczenie. Historia jak w Ranczu, a właściwie w Sokulach.
Albo taki poniżej.... Drewniany.... Kryty strzechą..... Oszalałam chyba - zapewne ktoś pomyśli.
Ale dla mnie jest to poza zasięgiem. Nie mam takich funduszy. A nawet gdyby jakiś bank odważył się pożyczyć mi taką fortunę, to nie mam dochodów na poziomie wystarczającym na spłacenie kredytu.
Tak więc zadowalam się życiem w innym starym miejscu, które dzięki dbałości administratora i mieszkańców wciąż jest w dobrym stanie. Bo przyznaje, że wiele innych, starych kamienic w mojej dzielnicy zostało wyburzonych i na ich miejscu powstały nowe budynki tzw. plomby. Są ładne, dopasowane w stylu do okolicznych starych domów. Moja kamienica jest szarobura, nijaka i czeka na nową elewację. Mam nadzieję, że już niedługo to nastąpi, bo wiele innych w pobliżu zostało już odnowionych.
W moim starym mieszkaniu mam parę starych mebli. Oczywiście nie wszystkie. Szanuje gust i upodobania dzieci i w ich pokojach jest nieco bardziej nowocześnie. Ale kuchnia, salonik i mój pokój jest już nieco bardziej retro. Mieszkam tu dopiero 4 lata i mniej więcej tyle czasu zbieram te rzeczy więc moja "kolekcja" nie jest imponująca.
Pierwszym nabytkiem - i nadal jednym z bardziej lubianych - był komplet 4 dębowych stylowych krzeseł. Do ulubionych należą też dwa dębowe fotele i moje ukochane stare łóżko. Takie o jakim zawsze marzyłam - dębowe, szerokie, z grubym materacem i zdobionym zagłówkiem.
Oprócz starych murów i mebli, lubię też stare serwety, koronki, hafty oraz porcelanę.
Marzy mi się stary kredens, bieliźniarka, ech.... Mam cel :)
środa, 23 marca 2016
Gdzie ta wiosna???
21 marca to dla mnie zawsze magiczna data. Rozpoczęcia żadnej innej pory roku tak nie celebruję jak właśnie pierwszy dzień wiosny. Tym razem tak się złożyło, że nawet urlop w tym dniu miałam. Oczywiście urlop pojawił się z innego powodu niż świętowanie przybycia wiosny, ale pogodziłam jedno z drugim.
Pierwszy dzień wiosny był słoneczny, wiosenny, wczorajszy jeszcze bardziej, a dziś ?? Ulewa!! Deszcz o tej porze roku to nic dziwnego i w sumie chyba nawet jest pożądany. Ale żeby od razu ze śniegiem?
Pierwszy dzień wiosny był słoneczny, wiosenny, wczorajszy jeszcze bardziej, a dziś ?? Ulewa!! Deszcz o tej porze roku to nic dziwnego i w sumie chyba nawet jest pożądany. Ale żeby od razu ze śniegiem?
A w weekend zaliczyłam mały wypad na działkę. I uwieczniłam moje, osobiste, własne ...
krokusy.
Żonkile też szykują się już do startu
Subskrybuj:
Posty (Atom)








