poniedziałek, 31 października 2016

Jesienne porządki

Zmiana czasu zaowocowała tym co każdego roku przychodzi pod koniec października. Szybciej robi się ciemno. Tak więc teraz nawet krótka wizyta na działce po pracy jest niemożliwa, gdyż szarzeje od 16, a koło 17 robi się ciemno. Żeby zajrzeć do mojego Raju potrzebny jest dzień wolny. Dziś niedziela więc to wykorzystałam. Nawdychałam się więc świeżego powietrza, ukoiłam duszę ciszą, nacieszyłam oczy zielenią, rozgrzałam mięśnie grabiąc liście i uwieczniłam na koniec jesienne wspomnienia na zdjęciach.

Trawa wciąż jeszcze zielona :) ładniejsza niż latem

Mój ogródek w jesiennej kolorystyce 

Wrzosy pięknie kwitną. Nic dziwnego. Przecież to symbol jesieni



Róże nadal wypuszczają pąki. Uwielbiam każde kwitnące cudo, ktore dodaje kolorów na zielonym tle ogrodu. Ale róże dla mnie są szczególne. Nie dość, że piękne, to jeszcze kwitną tak długo.

A Hortensja jest urocza nawet po zaschnięciu

Urocza prosta ławeczka w desek odzyskanych z palet wykonana rok temu przez mojego syna. Potraktował to jako zabawę i wypełnienie czasu podczas jednej z wizyt na działce, a wyszło bardzo ładnie. Ławeczka trzyma się dzielnie stojąc przez cały rok na dworze i służy nam na wiele sposobów.
Truskawkowe pole nieco zapuszczone w tym sezonie. Będzie co robić na wiosnę

Borówki ubrały się w jesienne kolory

Ogniskowe resztki. Już marzę o wiosennym pieczeniu kiełbasek

A to dzieło tegorocznego lata. Narzędziówka. Brakuje jeszcze pobejcowania. Ale gdy już została skończona to kończyło się lato. Coraz częściej padało. A mokrych desek nie chcieliśmy malować. Będzie to jedno z naszych pierwszych przedsięwzięć na wiosnę.

Orzech gubi liście.  Jest tego strasznie dużo

A tak na tle nieba wygląda nasza "łysa" już papierówka.
A poniżej jej liście, które udało mi się zgrabić



A poniżej moje iglaki. Choć nie jestem wielbicielką tego typu nasadzeń - chyba głównie dlatego że nie kwitną - to ich narzucona obecność na mojej ziemi trochę zmieniła moje nastawienie. Otrzymałam działkę, na której rosły już tuje i jałowiec i bez problemu zaakceptowałam ich obecność. A w tym roku poszłam nawet o krok dalej w tym kierunku i zasadziłam małe cudeńko pinius conica, do czego przymierzałam się od ubiegłego roku. Pojawiła się też nieplanowana inwestycja w postaci klasycznego świerku, który został mi podarowany przez mojego działkowego sąsiada Pana Michała.





Jeszcze tu wrócę jesienią :)

poniedziałek, 17 października 2016

Jesiennej depresji mówię NIE

Brr... Zimno jest. Niestety złota jesień już za nami.
Od 1 października ruszyłam z ogrzewaniem w domu.
Prace ogrodowe wstrzymane.
W sobotę pomimo chłodu podjęliśmy wyzwanie i trochę posprzątaliśmy ogródek przed zimą.
Myślałam, że tylko my odważymy się pracować na dworze, a okazało się że byli wszyscy nasi działkowi sąsiedzi. Wykopałam dalie, posadziłam kolejne dwie róże, zgrabiłam liście, usypałam kopczyki wokół hortensji i róż. Mam nadzieje, że nie zmarzną zimą.
Wiosną i latem każdą wolną chwilę wykorzystywałam na wizytę w ogródku. Teraz ten czas przeznaczę dla domu. Mam nawet parę zaległych pomysłów do zrealizowania.
25 września mój synuś wyjechał do Poznania. Regularnie dzwoni i zdaje mi relacje ze swojego nowego życia. Radzi sobie dobrze. To najważniejsze.
Jego pokój od razu przejęła młodsza z córek i to wywołało u mnie pomysł na remont tego pomieszczenia. Wyszło ślicznie. Będąc oczarowana efektem poszłam o krok dalej i odnowiłam też drugi pokój dzieci, czyli starszej córce. Każda z nich ma teraz swój własny pokój odświeżony, wysprzątany i pachnący. Myślę o malowaniu kuchni. Ale z tym poczekam trochę, bo chwilowo mam dość remontów.
W tym roku chce zadbać o zbudowanie atmosfery przedświątecznej w domu. Myślę o stroikach, piernikach, choince, światełkach itp. Do świąt jeszcze ponad 2 miesiące. Więc chce dobrze zaplanować wszystkie działania i rozłożyć je w czasie, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Ogólnie muszę przyznać, że jakoś pozytywnie jestem nastawiona do wszystkiego w tym roku pomimo chłodu, krótkich dni i powszechnie panującego przekonania, że jesień sprzyja depresjom.
Nie dam się :)

poniedziałek, 26 września 2016

Ogrodowe zmiany 2016

Mamy jesień, zarówno kalendarzową, jak i w w przyrodzie, co widać na zdjęciu poniżej. To widok z okna w moim mieszkaniu. 


Pierwszy jesienny weekend był cudownie letni. Całe popołudnie w sobotę i niedziele spędziliśmy na działce. Wczoraj siedząc na ławeczce i popijając kawkę zebrało mi się na podsumowania. Bo to był bardzo pracowity rok na działce. W tym sezonie wiosenno - letnim zrobiliśmy tam dużo więcej niż w ubiegłym roku. Może to dlatego, że w zeszłym roku działkę miałam dopiero od maja. I pewnie też dlatego, że potrzebowałam czasu na tzw. "rozkręcenie się", zapoznanie się z ogródkiem, oswojenie go. Tak więc ani się nie spostrzegłam jak nagle w ubiegłym roku skończyło się lato. Poza tym w ubiegłym sezonie nie miałam aż tak dużego wkładu czasu i pracy ze strony Mojego Mężczyzny.

Zmiany w tym roku: rozebrana szklarnia, dobudowana szopka narzędziowa, uporządkowana rabata kwiatowa wzdłuż płotu, utworzona od podstaw rabata różana, uporządkowany pas przylegający do altanki, przycięte drzewka i krzewy owocowe, dosadzone borówki, maliny, clematisy i winobluszcz.

Rozpoczęliśmy też przekopywanie małego placyku przed altanką, na którym obecnie panuje jeden wielki chaos, busz chwastowy itp. Chcemy to wykopać, zasypać i utworzyć tam kącik wypoczynkowy z ławeczką. Może zdążymy przed pierwszymi przymrozkami. Teraz pracujemy tylko w weekendy, gdyż w normalny dzień, zanim Mężczyzna wróci z pracy, to jest już 18 i szybko robi się ciemno i zimno. Liczę wiec na kilka ciepłych i suchych weekendów.

A póki co cieszę me oczy takimi kolorami.....








Z różami to ja mam całkiem już rozbudowaną historię, a nawet i histerię :).
Bo lubię je bardzo, choć nie wszystkie chyba lubią mnie. Przejęłam działkę z piękna różą wielkokwiatową, która posadzili tam poprzednicy. Nie znam jej nazwy. Kwitnie cudownie od czerwca do chwili obecnej. Mam też po poprzednikach róże damasceńskie, kwitnące wiosną.
W ubiegłym roku latem dosadziłam różę Chopin, ale chyba nie spodobało się jej u mnie - nie przyjęła się. Jesienią kupiłam korzystając z dużej przeceny dwie inne - Kronenburg i Tom Tom. Trochę stały sobie w altance, aż zrobił mi się początek listopada. Posadziłam więc je na szybko i bez namaszczenia i chyba tego im było trzeba, bo pięknie się przyjęły, rozrosły, a nawet jedna zakwitła. 
W tym roku niedawno dosadziłam kolejne dwie - Julia i Leonardo da Vinci.

Poniżej piękna róża posadzona przez poprzednich właścicieli działki. 

  

Otrzymana również "w spadku" po poprzednich właścicielach óże pienne damasceńskie Blush Damasc (chyba?), które nie powtarzają kwitnienia i zdobią ogród tylko wiosną, do maja. 




Powyżej zakupiona w ubiegłym roku Róża Kronenburg, która w tym roku pięknie zakwitła.

A poniżej dwie tegoroczne różane inwestycje.

 Róża Julia
Róża Leonardo da Vinci

W zestawieniu zabrakło zdjęcia Tom Toma.

 
Tak powstawała rabata różana
A tak wygląda obecnie

Pierwszy ptaszek wyfrunął z gniazdka

25 września 2016. Nowa ważna data w moim życiu. Wczoraj mój syn opuścił rodzinne gniazdko. Wyprowadził się z domu i wyjechał do innego miasta. Sytuacja jest wynikiem nowego etapu w jego życiu - rozpoczęcia studiów. Wyjechał wcześniej niż rozpoczęcie roku akademickiego, bo chciał mieć czas na aklimatyzację w nowym mieście, w nowym mieszkaniu, w nowej pracy. A za tydzień będzie też w nowej "szkole". Dużo nowości jak na tak krótki okres czasu. Wierzę, że sobie poradzi. Właściwie to wiem, a nawet jestem pewna, że sobie poradzi. To przebojowy i zaradny chłopak. Choć mam świadomość, że teraz jest mu ciężko. Na razie nikogo tam nie zna. Jest sam. Jestem cały czas myślami przy nim.

Jego pokój opustoszał nagle. Zabrał prawie wszystko, a resztę poprosił, by spakować w worki i kartony i przechować mu. Pokój przejęła po starszym bracie młodsza córka. Starsza w końcu, po 17 latach, ma swój własny pokój. Dotychczas dzieliła pokoje najpierw z bratem, gdy była mała, a od kilku lat z siostrą. Postanowiłam przy okazji odświeżyć pokoje dziewczyn. Czeka nas więc mały remont. Młodsza woli styl nowoczesny. Wybrała szary kolor i na jednej ścianie tapetę w kratę. Starsza preferuje romantyczne rozwiązania. Kolor miętowy lub lila i tapeta w kwiatową łączkę. Tak więc w domu szykują się zmiany.

czwartek, 8 września 2016

Wizualizacja marzeń

Mamy wrzesień. Wróciłam do starego rytmu dnia, starych obowiązków, utartych szlaków. Choć mam wrażenie, że jednak nie do końca jest jak dawniej. Bo jakoś tak więcej czasu mam ostatnio, który pozostaje do mojej dyspozycji i który mogę wykorzystywać w sposób jaki chce, jaki mi pasuje i sprawia przyjemność. Kiedyś tak się nie udawało. Myślę, że tak było głównie za sprawą nadmiernej ilości obowiązków i dodatkowej pracy. 12 godzin tygodniowo mniej w pracy to jest jednak sporo i wyraźnie to odczuwam. A przez 5 lat jednak wyrywałam ze swojego czasu te dwa popołudnia z wieczorami (bo do 22) albo miałam zajęte weekendy. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dzieci mam coraz starsze i to tez ma wpływ na ilość moich obowiązków i tego co "muszę". W zasadzie coraz mniej muszę. Ze szkoły już nikogo po pracy nie odbieram, lekcje odrabiają się same, bez mojego udziału, dziewczyny pranie powieszą, a czasem nawet wstawią, i zmywarkę rozładują, i podłogę odkurzą, a nawet umyją, obiad robimy na dwa dni, a nawet jak go nie ma to wszyscy są już na tyle samodzielni, że jakoś sobie radzą, nikt głodny nie chodzi, zapewniam.
Dzięki temu mam czas na ogródkowy relaks. I siedzimy tam z moim Szczęściem ile się da, a raczej na ile nam pozwolą komary. Jak nam się chce to coś zrobimy, a jak nie to odpoczywamy tylko.

Wraca i męczy mnie od czasu do czasu myśl i tęsknota za ślicznym małym wiejskim domkiem. Marzenia te mam tak intensywne, że już prawie widzę jak wygląda, z każdymi szczegółami. Widzę duży pokój dzienny na dole, z położoną obok kuchnią lub aneksem kuchennym, niewielką i przytulną łazieneczką, dalej drewniane schody prowadzące na górę gdzie będą dwa małe pokoiki, i może druga łazienka.

Widzę w salonie kominek, który ogrzewałby cały dom, duże okno z wyjściem na taras albo wprost do ogrodu, dużą  kanapę lub stylowy narożnik i nas tam zasiadających. Widzę deski na podłodze i  belki na suficie. Widzę nas przy stole jedzących obiad. Widzę duże łóżko w jednej sypialni na górze, a niej piękną haftowaną białą pościel, małe biureczko lub sekretarzyk, kwiaty na parapecie. W kuchni widzę szydełkowe zazdrostki w oknach, kaflowy piec, a przy nim mały zydelek, widzę Jego spracowane ręce krojące chleb na kanapki do pracy.
Ale przede wszystkim widzę nas wokół domu. Siebie w ogrodzie przy kwiatach. Jego w garażu przy aucie. Widzę ten niekończący się remont, elewacja domu, dach, rynny, drzwi, okna, naprawa płotu, równanie terenu pod ogród, remont, wykańczanie, a później urządzanie wnętrza.
I tego właśnie chcę od Życia!!! Bo widzę tam swoje szczęście.
Dla wielu takie marzenia są w zasięgu ręki. Dla mnie to jest nieosiągalne. Brak funduszy. Pensja nie najgorsza, ale zbyt mała by żyć z kredytem. A na spadek jakiś liczyć nie mogę. Ech, życie.....

Ale mam swój ogród. I korzystam z niego ile się da. A pogoda sprzyja.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Jak nie spłoszyć szczęścia. ....

Minął rok mojego pisania.  I znów mamy koniec wakacji. Ale jakoś nie nastroiłam się na podsumowania. Jedynie tylko chce tu udokumentować mój aktualny stan psychiczny. Jest dobrze. Nawet cudownie. Miłość kwitnie. Jestem szczęśliwa. Cieniem tylko kładzie się na tej sielance brak uregulowania naszej sytuacji. Na razie nie możemy zamieszkać razem, więc tym bardziej ślub jest nierealny. Zresztą nawet nie wiem czy on by chciał.
Fajnie jest. Zdecydowanie lepiej. W ogóle nie czuję tej różnicy wieku jaka jest między nami. Jego rodzina w pełni to akceptuje i miło mnie przyjęła. Żeby jeszcze tylko moje dzieci okazały zrozumienie.....
Kocham i jestem kochana. Czyż więc potrzeba mi czegoś więcej do szczęścia?
Ale dość na dziś tego zachwytu, bo los bywa przewrotny, a fortuna kołem się toczy. Więc żeby nie zapeszyć to ucinam temat.

piątek, 19 sierpnia 2016

Moja świątynia dumania

Nie zawsze przychodzę tu pracować. Czasem są takie dni jak dzis że zwyczajnie nic nie robię albo takie kiedy nie da się nic zrobić.  Taki był ten tydzień.  Codziennie padało a ja mimo to przyjeżdżałam tu. Bo kocham ten mój kawałek ziemi. Bo zwyczajnie mam potrzebę pobycia tu choć chwilę. Bo to jest mój szczęśliwy zakątek. Mój azyl. Świątynia dumania. W żadnym innym miejscu nie czuję się tak dobrze jak tutaj. Tu ładuje mój życiowy akumulator. Tu odzyskuje siły i równowagę psychiczną w czasie różnych życiowych zawirowan. Nawet gdy pada ubieram kalosze i kurtkę i jestem tutaj. Siadam w mojej chałupy przy otwartych na oścież drzwiach i patrze na krople deszczu które zbierają się na lisciach i trawie. Obserwuje jak woda spływa i jak chmury wędrują po niebie. I myślę. To tutaj obmyslalam swoje strategie plany marzenia.
Dziś pierwszy ciepły i słoneczny dzień więc jestem szybciej i dłużej niż zwykle. Po wielu deszczowych dniach ziemia mokra. Miejscami bloto. Nie chce mi sie dzis nic robic. Rozłożyłam lezak i relaksuje się. Słoneczko przygrzewa, choć z każdą godzina coraz słabiej bo jest coraz niżej. Leżę i patrze na niebo. Jest anielsko błękitne i czyste.
A to daje mi radość nieopisana wręcz