poniedziałek, 9 maja 2016

Rozstanie ze szklarnią

 Widok ogólny na działkę od strony wejścia. 
Jak na razie jedyny kolorowy akcent to hamak....

Szklarnia rozebrana.
A w związku z tym działka przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Z daleka oczywiście jest pozornie nieźle ale w moim odczuciu ble. Pod drzewem szyby, na trawie stos desek, na miejscu szklarni chwastowisko. Na razie nie można było tego wywieźć, bo rozpoczął się proces elektryfikacji działek i alejka moja rozkopana więc dojazd z przyczepką był niemożliwy. Leży więc sobie to wszystko i czeka na kolejny piątek, gdy zostaną otwarte bramy.
A poza tym w zasadzie nic nowego. Rośnie sobie wszystko powoli, ale jakoś tak to jest mało satysfakcjonujące dla mnie. Ja niestety nie należę do zbyt cierpliwych i nie umiem czekać. Gdyby wszystkie działki były takie jak moje albo gdyby inne działki miały wysokie ogrodzenia uniemożliwiające podglądanie i obserwowanie to pewnie bym nie wpadała w panikę i przygnębienie. Niestety jednak zanim dojdę od bramy do swojej działeczki to mijam po drodze inne - wypielęgnowane, dopieszczone, równiutkie, śliczniutkie.
Myślę wtedy sobie: Kiedy u mnie tak będzie?
Znajomi - żartownisie odpowiadają: Będzie, będzie - na emeryturze.  Ha ha ha.
Ale kiedy ja nie chce czekać tak długo. Ja już chcę, żeby było ładnie, kolorowo, równiutko.
Ale to wymaga dużego nakładu pracy i czasu albo pieniędzy. Bo albo będę tam siedzieć całymi dniami jak emeryci i grzebać w ziemi po kilka, kilkanaście godzin dziennie albo zatrudnię firmę, która zrobi tam raj w krótkim czasie. W jednym przypadku potrzeba dużo czasu, w drugim dużo pieniędzy. Nie mam ani jednego ani drugiego. Więc na efekty trzeba będzie poczekać.
W miniony weekend była u nas giełda ogrodnicza. Zaszalałam. Kupiłam pelargonie, surfinie, dalie, aksamitki, truskawki i pomidory. Z tymi ostatnimi to oczywiście tylko w ramach eksperymentu. Żadnego pola ani nawet zagonka nie będzie. Kupiłam trzy sadzonki, po jednej z każdej odmiany i dla zabawy i na próbę i dla przyjemności dla dziecka najmłodszego, posadzę i zobaczę co z tego wyjdzie. Najchętniej dałabym to w doniczki duże, ale nie wiem czy tak można.
W sobotę pogrillowałam z córkami, fajnie było. Zwłaszcza teraz gdy okazyjnie i zdobycznie powiększyłam swój dobytek ogrodowy o stół z odzysku. Ktoś się pozbywał, miał na przemiał a ja poprosiłam o darowiznę i na działkę jest jak znalazł. Jest zdecydowanie większy od tego plastikowego, który służył nam dotychczas, więc wygodniejszy.
Na miejscu rozebranej szklarni marzy mi się wiata z miejscem do wypoczynku, czytania, jedzenia, leżakowania, itp. Ale to jeszcze długa droga.









Rok temu posadziłam w maju 5 łubinów.
Jak widać tylko jeden się przyjął.
Może w tym roku zakwitnie

 Takiego miłego gościa miałam w piątek na działce
 
 grusza 

 jabłoń 

niedziela, 1 maja 2016

Roczek ogródka

Wróciłam. Zielono mi. hahaha.

Majówka pracowita. Więc osobiście nie wiem co to długi weekend. Ale czas na pracę w ogródku znalazłam. Wpadłam wiec do mojego osobistego raju, usiadłam na ławeczce i zadumałam się. I przeraziłam. Czym? Ano ogromem pracy jaka jest tam do wykonania. Wczoraj minął dokładnie rok jak otrzymałam symboliczny klucz do mojej działki. Rok za mną. Cztery pory roku. Zrobiłam obchód po moich włościach i doszłam do wniosku, że niewiele się tu zmieniło jak na tak długi okres czasu. Rok temu było tam mleczowisko i... jest nadal. Pojawiły się nowe roślinki, bo trochę posadziłam. Są nowe hortensje, róże, wrzosy. Posprzątałam śmietnik w chatce, naprawiłam dach i płot, wydzieliłam mini pole truskawkowe. Ale w zasadzie nic więcej. A tyle miałam planów.
Może w tym roku coś się uda zrobić. Może to dobrze, że nie wszystko jest tak od razu. Mam cel. A ponadto to co przychodzi z trudem to daje później większą satysfakcję.
Nadal jest szklarnia do rozebrania. Ktoś pomyśli, że szkoda jej. Ale ja w pomidora bawić się nie che. Jeszcze nie teraz. Za mało czasu. Ten zielony zakątek ma służyć rekreacji. Warzywa to nie jest jeszcze moja bajka. Choć nie ukrywam, że na pewno kiedyś zjem własną rzodkiewkę, fasolkę, szczypiorek. Ale uprawa wymaga czasu, którego ja obecnie mam niewiele. Poza tym szklarnia, którą mam jest już mocno zniszczona, spróchniała i grozi zawaleniem. 
Na miejscu szklarni marzy mi się wiata obsadzona na bokach kwitnącymi pnączami, czyli oczywiście clematis. To miałoby być miejsce do letniego wypoczynku. Stół, leżaki, drewniana podłoga. Pomysł jest, gorzej z wykonaniem, a raczej z wykonawcami, bo sama tego nie dam rady zrobić. Samo rozebranie tej starej szklarni to już jest wyzwanie.
Wciąż nie mogę zdecydować co dalej z domkiem. Czy uzbieram pieniądze na postawienie nowego i dlatego ten na razie zostawić tak jak jest? Czy jednak reanimować go?, bo nowy domek to przecież spora inwestycja. Zapytuje często siebie czy mi potrzebny nowy i większy skoro dla mnie jest to tylko miejsce do przechowywania narzędzi, leżaków i innych sprzętów. Na działkę chodzę tylko wtedy, gdy jest ładna pogoda, bo kręci mnie przebywanie na świeżym powietrzu. Więc po co mi większy domek skoro i tak tam nie przebywam? Ale z drugiej strony szałas o wymiarach 2,5 x 2,7 to naprawdę niewiele. Trudno tam się swobodnie poruszać gdy wszystko jest w środku. A na to wszystko składa się szafka, stół, parasol ogrodowy, plastikowe krzesła, leżaki, kosiarka, różnej maści narzędzia ogrodnicze, wiadro, konewka, wąż ogrodowy, worki z ziemią, kora, doniczki, itp, itd. Sporo tego jak na te niecałe 7 metrów powierzchni. Nadal więc rozmyślam nad jego losem.
Zimny kwiecień w tym roku opóźnił nieco pewne procesy przyrodnicze. Np. jeszcze nie kwitną kasztany, a matura już za 3 dni. Ale przyroda sobie poradzi i nadgoni stracone dni.

Moja grusza i jabłonka

Truskawkowe pole w skali mikro i makro (zadanie: dokupić sadzonki :)
"Idą" róże i hortensja
Mleczowisko przed skoszeniem
Choć i tak odrasta w zabójczym tempie

I na koniec takie oto słodziaki....


Może jutro pogrillujemy......

czwartek, 28 kwietnia 2016

Ech, życie.....

Nie mam pojęcia co się dzieje w moim życiu? Generalnie, patrząc z boku, wydawałoby się że jest ok. Ale ja mam wrażenie, że życie ćwiczy moją cierpliwość i hart ducha na wszystkie możliwe sposoby. W gęstwinie zmian i problemów doszedł kolejny. Nie weszła mi wypłata na konto. Wszyscy już wczoraj mieli przed końcem pracy, a ja nie. Cierpliwie czekałam na popołudniowe księgowanie i też nic. Biegnie dziś drugi dzień i nadal nic nie mam. Łudzę się, że to opóźnienie w księgowaniu w banku, a nie jakaś hakerska niespodzianka. Staram się w ten sposób nawet nie myśleć, żeby nie prowokować złego.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Idzie ku lepszemu......

Mój stan psychiczny powoli się stabilizuje. Sprawy bieżące wciągają i zajmują na tyle, by nie roztrząsać wszystkiego i nie zajmować się tym co nieistotne.

Powoli znów myślę o ogrodzie. Zaczynam robić plany. Na razie ruszam małymi krokami, by nie rzucać się na wielkie przedsięwzięcia, które łatwo mogą skończyć się niepowodzeniem i znów przyjdzie rozczarowanie. A po co mi to?
Trzeba więc planować i robić rzeczy małe, które w miarę łatwo się osiąga, by dać sobie szansę na sukces i satysfakcję z czegoś co w końcu wyszło. Nie podejmuję się więc wielkich i dalekosiężnych wyzwań z obawy przed porażką i dalszym wpędzaniem się przez to w poczucie beznadziei.

Chciałabym aby mój ogród był kolorowy, wesoły. Jak na razie dominuje w nim kolor zielony i żółty, czyli trawa i mlecze oraz żonkile. Czekam na tulipany i bez oraz konwalie, w dalszej kolejności na piwonie, róże, malwy, mieczyki, floksy, hortensje. To chyba wszystkie kwiaty jakie posiadam. Ubogo, prawda?

środa, 20 kwietnia 2016

Na zakręcie

Moje zawirowania życiowe nadal nie wyszły na prostą.

W życiu zawodowym następują od jakiegoś czasu niby subtelne i powolne, ale odczuwalne zmiany. A na pewno przeze mnie. Czy to idzie ku lepszemu czy gorszemu to jak na razie sama jeszcze nie wiem. Raz jest lepiej, a innym razem odwrotnie. Jaki to będzie miało finał? Tego jeszcze nie wiem.

W życiu uczuciowym zmiana. Rozpatrując to w kategoriach całokształtu to niby zła. Finał związku to zawsze jednak porażka. Ale wiem, że inaczej już się nie dało. Próbuje to przekuć na pozytywy. Na razie kiepsko mi idzie, ale wierzę że z czasem będzie mniej boleśnie.

W życiu rodzinnym też idą zmiany. Czy rzeczywiście się zdarzą i jakie, tego jeszcze nie wiem. W każdym bądź razie najstarsze dziecko chce mi wyfrunąć z gniazdka. A ja - jak to typowa matka kwoka - boje się. Ale przecież nie mogę dziecku podcinać skrzydeł.

W życiu finansowym szykuje się trudny okres. Za dwa miesiące kończy się moja dodatkowa umowa i od lipca stracę ok. 1,5 tys zł dochodu. Dla mnie to katastrofa. Przez rok załapię się na 500 plus. Ale to tylko 1/3 utraconych dochodów. Nie wiem co robić. Kredyt mnie wykończy. Najpierw psychicznie, a potem też pewnie fizycznie.

Gdy w sylwestra słuchałam bicia dzwonów o północy i patrzyłam na fajerwerki nad miastem, jakoś w podświadomości czułam, że idą zmiany w moim życiu, że to będzie trudny rok. Nie twierdzę, że jest najgorszy, ale chyba moja odporność psychiczna też jest już słabsza i dużo gorzej znoszę przeciwności losu niż w młodości.

I jakby tego wszystkiego było mało to narzuciłam sobie też ostry reżim w kwestii zbicia wagi ciała. Szału nie ma, ale przynajmniej czuje, że sprawność i kondycja się poprawia, a to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ćwiczę dużo. Wykorzystuje do tego prezent od moich córek. Staram się też biegać wieczorami. Z tym jest gorzej, bo pogoda nie rozpieszcza. Diety żadnej nie planowałam zastosować, bo uznałam, że najważniejsze to spalić zjedzone kalorie i przynajmniej zatrzymać dalszy przyrost tkanki tłuszczowej. Super laską to ja i tak już nie będę. Nie ten wiek. Zresztą przy takiej nadwadze i towarzyszącemu przez to rozciągnięciu skóry gwałtowny spadek wagi nie wypadłby dobrze. Choć przyznam, że niechcący i tak jem dużo mniej, ale to głównie za sprawą problemów osobistych. Ja już tak mam, że gdy się martwię to tracę apetyt. Zajadanie problemów to nie moja domena. Jest raczej odwrotnie. Gdy jestem szczęśliwa mam apetyt na życie i też na jedzenie i zachciewajki i wtedy tyje.

I jeszcze wpadłam dziś na pomysł jakiegoś wyjazdu. Krótkiej wycieczki gdzieś daleko. Sama. Dostałam dziś na maila reklamę jakiegoś biura podróży i tak jakoś zakiełkował we mnie ten pomysł. Czy dojdzie do realizacji? Tego też nie wiem. Wszystko zależy od wielu okoliczności. Jak zazwyczaj w moim życiu. 

Strasznie dziś smucę, ale taki mam właśnie moment w życiu.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zmartwienia

Przeżywam bardzo trudny okres w swoim życiu.
Nie mam nawet siły o tym mówić.
Piszę tu o tym, żeby pamiętać.

Czuje się tak jakby czołg po mnie przejechał.
Ech, życie.........

niedziela, 3 kwietnia 2016

Powrót na działkę

Siedzę właśnie na ławeczce na działce. Jestem tu od 13 a teraz już jest wieczór i wcale nie chce mi się wracać do domu. Słucham sobie świergolenia ptaszków, obserwuje latającego wokół mnie trzmiela i jest pięknie. Ciepło, przyjemnie, nawet wiaterek jest taki delikatny, ciepły, łagodny, jakby pieścił swoimi lekkimi dmuchnięciami.
Minął już czas krokusów i przebiśniegów. Teraz zaczyna się faza żonkili. Tulipany dopiero wychyliły z ziemi pojedyncze liście jakby na zwiady je wypuściły. Widziałam, że młode pędy maja hortensje, piwonie.
Powycinałam dziś to co suche, obumarłe, chore i niepotrzebne. Ale pracy przede mną jeszcze dużo. Na pewno przegapiłam moment na przycinanie owocowych. Tutaj dałam plamę. Teraz już chyba za późno, bo obsypane są już pąkami. Więc znów będę miała chaos na jabłonkach. Będzie znów dużo małych jabłuszek, zamiast dorodnych i dużych. Będę rozdawać. Bo musy to nie jest udane przedsięwzięcie. Zrobiłam ich w tamtym roku bardzo dużo. Początkowo schodziły na bieżąco, potem szły w słoiki. Ale gdzieś na poziomie grudnia przejadły się już mojej rodzince, a teraz przed Wielkanocą okazało się ze wszystkie sfermentowały się. Szkoda więc mojego czasu, cukru, wody i gazu. Trzeba jeść na bieżąco.
 A w plenerze obserwuje też komary. Oj sporo ich. Brrr.....
W moim życiu nadal zamieszanie. Ale to na inna okazję pogawędka. Dziś nie chce psuć sobie nastroju .....