poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wszystko rośnie...

Pisze tego posta już kolejny dzień. Chyba pierwszy raz mi się zdarzyło pisać tak na raty.
Szalone wakacyjne upały się skończyły. Trochę nam popadało. I dobrze. Potrzebne to było. Jak to fajnie określił mój Miły automatyczne zraszanie nam się włączyło :).
Biegam do mojego Raju kiedy tylko mogę. Oczywiście zawsze z aparatem :)

A w życiu zamęt. Jakieś koło wszystko zatoczyło i wróciło do punktu wyjścia. Znów mam powtórkę z rozrywki... Jak to mówią są lata chude i lata tłuste... Mnie znów przyszło wrócić do tych chudych.
Dam radę bo muszę, bo nie ma innego wyjścia.
Na szczęście zieleń, z którą obcuje na co dzień ma zbawienny wpływ na moją duszę....


























Tak bardzo bym chciała, żeby zawsze wszystko układało się po mojej myśli. Ale wiem i rozumiem, że tak się nie da. Słońce cieszy szczególnie mocno po niepogodzie. Dzień cieszy po nocy. Dlatego tak bardzo cenimy szczęście, gdy nam się coś nie układa.
Ale żeby nie było, że tylko marudzę to jeden życiowy zakręt mi się wyprostował. Ten zakręt ma na imię matematyka i jest ściśle związany z moją straszą córką. Na szczęście obyło się bez poprawki w sierpniu. Kamień z serca. A drugi wypadł z portfela... :) Korepetycje to kosztowne przedsięwzięcie. No cóż, trzeba było ratować dziecko...
Za parę dni wakacje.... Odpoczniemy wszyscy.
Od porannego wstawania.
Od odrabiania lekcji.
Od pośpiechu.
Od nadmiaru obowiązków.
Od rannej kolejki do łazienki.
Od sprint-owego biegu do papierniczego na 5 min przed zamknięciem....

Zasłużyliśmy na odpoczynek :)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Szukam swojego talentu...

W wolnych chwilach .... Stop!
Aż sama się uśmiechnęłam na to sformułowanie....
To ja mam jakieś wolne chwile???
Ano czasami przed zaśnięciem w łóżku.
Zanim mi powieki spadną to czasem przeglądam inne blogi na lapku w łóżku, czasem przeczytam parę stron książki, czasem jakiś film obejrzę, choć raczej robię sobie z filmów seriale, bo potrafię jeden np. 2-godzinny film w 3-4 częściach oglądać.
No więc ... w wolnym czasie podczytuje inne blogi, oczywiście zawsze w pierwszej kolejności te, które śledzę regularnie i zaglądam tam, żeby zobaczyć co nowego u nich słychać. Ale też wyszukuje sobie nowe, które czytam od początku i dotarcie do aktualnych czasów zajmuje mi czasami wiele dni regularnego podczytywania. I tak właśnie odkryłam Jagodowy zagajnik. Znów z zazdrością patrzę na zdjęcia i życie ludzi, którzy mają to szczęście mieszkać w domu z dużą działką pod lasem.
Ale moją uwagę też przykuwa talent autorki tego bloga, która robi cudne rzeczy praktycznie ze wszystkiego i z niczego.

I tak sobie myślę: Czy ja coś nietypowego potrafię robić? Czy jestem beztalenciem? Czy ja mam jakieś uzdolnienia? Jakieś ukryte talenty? Jednoznacznej odpowiedzi nie mogę udzielić. Bo tak naprawdę nie wiem. Gdybym spróbowała coś robić i to by mi nie wyszło, to by znaczyło, że nie umiem. Ale ja nawet jeszcze niczego nie próbowałam. A zazdroszczę, bo podobają mi się u innych własne wytwory - rękodzieła np. patynowane, decoupage, stolarskie, krawieckie, kulinarne, etc., etc. A czymże ja mogłabym się pochwalić? Jak na razie niczym wyjątkowym...
Mam tendencje do zbieractwa starych przedmiotów, rzeczy codziennego użytku, np. tekstyliów, porcelany, starych mebli, obrazów lub samych ram.
W piątek w moim sklepiku z używanymi art. pochodzenia zagranicznego kolo domu - do którego zaglądam zdecydowanie częściej niż do jakiegokolwiek innego sklepu - wypatrzyłam dwie ramy, które od razu wpadły mi w oko. Na razie odłożyłam, bo nie wiedziałam jak je podpicować, a następnie zagospodarować, tak by nie szpeciły, a cieszyły domowników. Ale dziś chyba po nie wrócę. O ile jeszcze będą...
A tak poza tym to mam sporo wyzwań do zrealizowania w plenerze. Naprawa płotu. Taras. Kąciki i rabaty kwiatowe czekają na płotki. No i jeszcze pomysł z dekoracyjną studzienką ...
Mogłabym kupić gotową, ale to drogo.
Mogłabym zlecić wykonanie znajomemu stolarzowi, który zrobiłby to może w ramach zajęć z uczniami, ale to długo.
A ja chce jeszcze mieć ja przed wakacjami. Zrobiłam więc dokumentację fotograficzną, tej którą obserwuje na co dzień w pracy i przymierzam się do działania.

A chodzi o coś mniej więcej takiego.....


Ostatnie dwa tygodnie naznaczone były ważnymi wydarzeniami. 31 maja we wtorek pochowałam babcię. Nie mam już nikogo z pokolenia dziadków. Ona była ostatnia z rodziców moich rodziców. Piękny wiek - rocznik 1924, prawie 92 lata. To była jedyna już tylko, spośród znanych mi blisko osób, która pamiętała wojnę.A w związku z tym, że pochodzę z innego regionu to miałam okazję spotkać się z dawno niewidzianą rodziną.
A w minioną środę 8 czerwca mieliśmy ważną uroczystość - moja starsza córka przyjęła Sakrament Bierzmowania. W związku z tym, że całą rodzinę mamy daleko i w naszym mieście mieszkamy sami to córka miała bardzo kameralną uroczystość, wśród najbliższych, mama i rodzeństwo.



poniedziałek, 6 czerwca 2016

Wypoczynek, który zmęczył

Wczoraj wróciłam ze weekendowego spływu kajakowego. Płynęliśmy Brdą. Impreza sportowo - rekreacyjna w gronie kolegów z pracy i ich rodzin. Było super! Opalenizna zdobyta. Siniaki również :) Dzieci zadowolone. I choć wyjazd miał służyć relaksowi i wypoczynkowi to wróciłam bardziej zmęczona niż gdy wyjeżdżałam. Takie są skutki uboczne przedawkowania świeżego powietrza, hahaha :)
Ale pomimo zmęczenia znalazłam jeszcze siły by posprzątać po powrocie mieszkanie i zajrzeć wieczorem do Raju. W pracy dziś się dziwili skąd ja na to biorę siły, bo wszyscy którzy byli tam ze mną padli wcześnie wieczorem i poszli przysłowiowo spać z kurami.
Zjadłam wczoraj pierwsze własne truskawki. Na razie tylko kilka sztuk, ale zawsze.
Bez już przekwitł, ale piwonie godnie przejęły jego rolę i zdobią ogródek. Zakwitły też w czasie weekendu róże. Inne szykują się do startu. A posadzone, sprezentowane dalie rosną w oszałamiającym tempie. Wczoraj zauważyłam też, że wychodzą już z ziemi pierwsze mieczyki. Na razie dopiero zauważyłam kilka sztuk z posadzonych ponad 100 !
W poprzedni weekend wybraliśmy się na wycieczkę do sąsiedniego miasta do OBI. Wróciłam z kolejnymi sadzonkami borówek, hortensji, bluszczu. A u nas dokupiłam jeszcze maliny.
Tak więc na mojej działeczce pojawiają się kolejne nasadzenia i coraz bardziej mi się tu podoba. Dostałam też zamówienie na agrest. Jeden już mam - wersję czerwoną, ale Miły bardzo chce zielonego, więc będzie :)
Pogoda jest prawdziwie wakacyjna. Cały maj był bardzo ciepły, wręcz upalny, często po ok. 30 stopni. I tak jest nadal. Od dawna temperatura nie spadła poniżej 20-kilku stopni. A pod koniec minionego tygodnia mieliśmy trochę burzowych opadów, więc przy takim słoneczku i zastrzyku wody wszystko teraz pięknie rośnie i nadrabia straty po zimnym kwietniu. Jest pięknie!!


Róże niedawno jeszcze wyglądały tak.....


A tak wyglądają obecnie....




Jak już wcześniej wspominałam z posadzonych w ubiegłym roku 5 łubinów w różnych kolorach przyjął mi się tylko ten jeden, ale za to jaki piękny jest :)

 

Już wiem, że ten kwiatek to orlik pospolity. I pomyśleć, że w ubiegłym roku zanim zakwitł kosiłam go razem z trawą sadząc, że to chwast. W tym roku przypadkiem się uchował i to tylko dlatego, że rósł sobie zbyt blisko altanki i moja ręczna kosiarka go nie dopadła. A dopiero gdy zakwitł ujrzałam całe jego piękno....



To jest zdjęcie sprzed kilku dni, bo obecnie już mamy codziennie po kilka czerwonych i ze smakiem zjadamy...


A to jest nasze najnowsze dzieło...
Ostatecznie uporządkowałam i dokończyłam rabatę przy wejściu na działkę, obok furtki. 
Usunęłam chwasty, posadziłam trochę kwitnących wieloletnich i mam nadzieję, że jak urosną to będzie pięknie :)
Cała rabatka ma pofalowany brzeg i nieregularny kształt. To celowy zabieg, gdyż nie lubię rzeczy prostych, od linijki jak to się mówi. Ziemię przekopałam, część usunęłam, dosypałam nowej, tam gdzie rośliny tego wymagały zakwasiłam torfem. Obok rosnących tu już wcześniej piwonii, floksów i tui (po poprzednich właścicielach) oraz dosadzonych przeze mnie rok temu łubinu i dwóch hortensji, posadziłam dodatkowo w tym roku hortensję ogrodową i bukietową, rudbekie i dalie. Na koniec wyściółkowałam korą i szyszkami.


Godnym uwagi jest fakt cudownych relacji pomiędzy działkowcami. Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale ja miałam to szczęście, że po sąsiedzku z moją działką otaczają mnie przesympatyczni ludzie. Z lewej i z prawej mam fantastycznych dwóch starszych panów, z którym ucinam sobie czasami miłe pogawędki. To od jednego z nich dostałam parę tygodni temu kilka bulw dalii. Szczerze mówiąc, gdy je zobaczyłam nie zrobiły na mnie miłego wrażenia. Wyglądały nieciekawie, a nawet w moim odczuciu robiły wrażenie jakiś takich zasuszonych, pomarszczonych, nawet wątpiłam, że cokolwiek z nich będzie... Nie miałam jednak śmiałości i sumienia starszemu Panu odmówić, bo widziałam, że chce mi zrobić przyjemność. Więc wzięłam i posadziłam. Jakież więc było moje zdziwienie i pozytywne zaskoczenie, gdy klika dni temu zauważyłam że z ziemi jednak wychodzą listki!!!! Każdego dnia są coraz większe. Czekam teraz na pąki i kwitnienie. I czekam na spotkanie z moim miłym Panem Sąsiadem, by móc mu podziękować za podarunek (a tak na marginesie muszę przy okazji zdobyć się na śmiałość i zapytać Go jak ma na imię, żeby już dłużej nie mówić o nim tak bezimiennie)
Od innej sympatycznej Pani, z którą nasze działki stykają się narożnikami dostałam sadzonki pomidorków koktajlowych. Ja generalnie się nie "bawię w uprawy", ale również nie miałam sumienia odmówić i rosną :)
A wczoraj dostałam od innej działkowej sąsiadki trzy główki sałaty, bo tak jej obrodziła, że sama zaproponowała, że chętnie i z przyjemnością się podzieli. A jak usłyszała, że dzięki temu podarunkowi dzieciom do szkoły kanapki zrobię ze świeżą sałatą, to tym bardziej się ucieszyła :)

A to kajakowe wspomnienia.....





poniedziałek, 23 maja 2016

Zadowolenie

Moje królestwo zmienia się.
I chyba po raz pierwszy od dawna czuję ogromna satysfakcję, bo widzę efekty.
Nie ma to jak praca zespołowa.
A wszystko dzięki pomocy Mojego Wybrańca. Tak, wiem, pisałam jakiś miesiąc temu, że finito, że pozamiatane, że tak lepiej. I jakiś czas trwała ta przerwa. Ale chyba uzależnienie jest silniejsze i odwyk nie wyszedł :). Celowo pisze to w takim żartobliwym kontekście, bo w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak pośmiać się z samej siebie. Ileż to ja razy już zrywałam tę znajomość... I bynajmniej nie dlatego, że źle mi z Nim, ale głównie z obawy przed ewentualnym przyszłym końcem. Wolałam to sama zamknąć, żeby nie zostać porzuconą, z rozsądku. Ale jednak coś ciągnie... :) I dobrze, bo to naprawdę ktoś wyjątkowy. I dzięki jego pomocy wiele się dzieje w moim Raju. Piszę tu o tym, żeby kiedyś w przyszłości mieć czarno na białym, że powinnam być mu wdzięczna. Jego pasją jest motoryzacja i gdyby mógł to pewnie cały czas by siedział i dłubał w samochodzie. Ale to on często jest inicjatorem wypadów na działkę. Trzeba coś zrobić - robi, przewieźć,  przykręcić, wykopać, naprawić itp. nie ociąga się z robotą, nie odkłada na potem, tylko działa. A jak widzi w sklepie ładną roślinkę to kupuje, żeby mi sprawić przyjemność, bo wie że ten ogródek to moje oczko w głowie. I choć jego samego tak bardzo to aż nie kręci, to robi to wszystko, bo wie że dla mnie jest to ważne i chce mi pomóc. Głupia bym była gdybym odrzuciła taki kąsek...   

Wzdłuż jednej ściany fundamentu pozostałego po szklarni posadziłam dalie i clematisy. Mam nadzieję, że się przyjmą i zakwitną. Sadzonki clematisów są ze sklepu, a dalie dostałam od mojego uroczego sąsiada działkowego. Przesympatyczny straszy Pan, z którym często ucinam sobie pogawędki. Czuje, że przypadliśmy sobie do gustu i naprawdę się polubiliśmy. To dobrze, bo warto mieć za płotem kogoś, kto w czasie nieobecności dopilnuje "posiadłości", a może nawet podleje co nieco, gdy wyjadę.
Dookoła jednego drzewa zrobiłam wczoraj pole z funkiami. Podpatrzyłam tego typu rozwiązanie na innej działeczce, którą z nieskrywaną zazdrością i uznaniem obserwuję. Wybraną ziemią wyrównuję nierówności mojego terenu. W sumie to była praca zespołowa. Misiek wykopał i rozłożył starą ziemię, dosypał nowej, ja ograniczyłam się do sadzenia.
Te dwie największe funkie są od Niego :), reszta z odzysku po poprzednich właścicielach mojej działki. Bo u mnie nic się nie może zmarnować.


Wczoraj w ziemi wylądowały też maliny i cebulki mieczyków. Z mieczykami już w poprzednim roku mieliśmy pierwszą przygodę, z powodzeniem. Co prawda, nie wszystkie cebulki nam wtedy wzeszły, ale była to zdecydowana większość. No i sadziliśmy cebulki tak trochę na wariata, czego żałowaliśmy w późniejszym czasie, bo niektóre mieczyki rosły krzywo. Dlatego wczoraj starałam się zrobić to dokładnie.
Mam nadzieję, że malinki się przyjmą. Na owoce trzeba będzie pewnie poczekać do przyszłego roku, ale to zleci szybciej niż nam się wydaje.


A truskawki mają już pierwsze owoce. Hurra!! W poście z 1 maja zamieściłam zdjęcie mojej okrąglutkiej rabatki truskawkowej jeszcze z duża ilością pustej przestrzeni, z wyznaczonym wówczas zadaniem do dalszego zagospodarowania jej, czyli dokupienie sadzonek. Tydzień później poletko zapełniło się.


Moje pomidorki i agrest



A bez tak pięknie kwitnie i pachnie.


Cudów u mnie nie ma, ale robi się coraz ładniej.   


I mamy fajne miejsce na grillowanie :)
 

A w weekend zaliczyłam też wycieczkę nad morze...
  



A co u moich pociech?
Zbliżają się wakacje i czuć to nie tylko w powietrzu ale przede wszystkim w rozleniwieniu córek moich. Nic im się już nie chce, ani chodzić do szkoły, ani lekcji odrabiać, ani uczyć. Potrzebna jest ta przerwa. Syn edukację już zakończył. Maturę też mamy za sobą. Dwa ustne egzaminy zdane, a na wyniki pisemnych czekamy do lipca. Przed nim jeszcze egzamin zawodowy w czerwcu. Wszystkie możliwe szkoły za nim. Chyba, ze na studia pójdzie. Ja na razie widzę, że sam nie wie co robić. To znaczy na studia chce iść, ale ostateczną decyzję, wybór uczelni i miasto użalenia od wyników matury.
A w wolnym czasie (gdy mu się zachce) robi nam takie pyszności. W końcu kucharz, no nie. Szkoda, ze tak rzadko....


poniedziałek, 16 maja 2016

Biesiadowanie

W zimowe miesiące piszę raz miesiąc a teraz co tydzień. Ale to chyba naturalne, bo teraz w temacie działkowo - ogrodniczym więcej jest do opisania, bo więcej się dzieje.
Cały miniony tydzień codziennie jeździłam po pracy na działkę, czasami na dłużej, a czasami na chwilę. Ale musiałam. Ciągnie mnie tam. Znaczną część czasu niestety pochłaniają mi dojazdy do mojego zielonego zakątka, bo bez autka to jednak jest dużo dłużej. Samochodem docieram tam w 10-15 min, autobus przez całe miasto jedzie pół godziny. Cały miniony tydzień była piękna, iście letnia pogoda. Przyjemnie się spędzało czas na dworze, nawet w pocie czoła. Dlatego, żeby móc więcej zrobić w piątek wzięłam urlop i prawie cały dzień przeznaczyłam na pracę ogrodowe. A przy okazji złapałam trochę opalenizny :)
Jeszcze przez południem zniknęły pozostałości po szklarni. Czekało mnie więc porządkowanie terenu. Niestety nadal większość czasu pochłania mi oczyszczanie istniejących nasadzeń. Wynajduję bowiem wśród trawy jakieś roślinki, których nie che zmarnować i dlatego ręcznie usuwam chwasty i trawę, która wokół rośnie. Mozolna praca. Efekty marne. Dwa dni czasem porządkuje jeden kąt, a w tym czasie zarasta mi cała reszta. Może ja źle to robię?

W piątek wieczorem zaprosiłam swoją paczkę z pracy. Był grill, biesiadowanie, ale też praca. Nie planowałam zaganiać ich do roboty, ale to samo jakoś tak wyszło. Skosili trawkę, posadzili mi kwiatki, które stały już od tygodnia w doniczkach i czekały, wycięli stare drzewa, a na koniec rozpaliliśmy ognisko i wszystko zniknęło. Jest dużo lepiej. W jeden wieczór wspólnie zrobiliśmy więcej niż ja sama robiłabym przez tydzień. Chyba muszę częściej ich zapraszać ... ha ha. Jedyny problem to brak toalety.....

A tak poza tym to super było. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, pośpiewaliśmy....

poniedziałek, 9 maja 2016

Rozstanie ze szklarnią

 Widok ogólny na działkę od strony wejścia. 
Jak na razie jedyny kolorowy akcent to hamak....

Szklarnia rozebrana.
A w związku z tym działka przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Z daleka oczywiście jest pozornie nieźle ale w moim odczuciu ble. Pod drzewem szyby, na trawie stos desek, na miejscu szklarni chwastowisko. Na razie nie można było tego wywieźć, bo rozpoczął się proces elektryfikacji działek i alejka moja rozkopana więc dojazd z przyczepką był niemożliwy. Leży więc sobie to wszystko i czeka na kolejny piątek, gdy zostaną otwarte bramy.
A poza tym w zasadzie nic nowego. Rośnie sobie wszystko powoli, ale jakoś tak to jest mało satysfakcjonujące dla mnie. Ja niestety nie należę do zbyt cierpliwych i nie umiem czekać. Gdyby wszystkie działki były takie jak moje albo gdyby inne działki miały wysokie ogrodzenia uniemożliwiające podglądanie i obserwowanie to pewnie bym nie wpadała w panikę i przygnębienie. Niestety jednak zanim dojdę od bramy do swojej działeczki to mijam po drodze inne - wypielęgnowane, dopieszczone, równiutkie, śliczniutkie.
Myślę wtedy sobie: Kiedy u mnie tak będzie?
Znajomi - żartownisie odpowiadają: Będzie, będzie - na emeryturze.  Ha ha ha.
Ale kiedy ja nie chce czekać tak długo. Ja już chcę, żeby było ładnie, kolorowo, równiutko.
Ale to wymaga dużego nakładu pracy i czasu albo pieniędzy. Bo albo będę tam siedzieć całymi dniami jak emeryci i grzebać w ziemi po kilka, kilkanaście godzin dziennie albo zatrudnię firmę, która zrobi tam raj w krótkim czasie. W jednym przypadku potrzeba dużo czasu, w drugim dużo pieniędzy. Nie mam ani jednego ani drugiego. Więc na efekty trzeba będzie poczekać.
W miniony weekend była u nas giełda ogrodnicza. Zaszalałam. Kupiłam pelargonie, surfinie, dalie, aksamitki, truskawki i pomidory. Z tymi ostatnimi to oczywiście tylko w ramach eksperymentu. Żadnego pola ani nawet zagonka nie będzie. Kupiłam trzy sadzonki, po jednej z każdej odmiany i dla zabawy i na próbę i dla przyjemności dla dziecka najmłodszego, posadzę i zobaczę co z tego wyjdzie. Najchętniej dałabym to w doniczki duże, ale nie wiem czy tak można.
W sobotę pogrillowałam z córkami, fajnie było. Zwłaszcza teraz gdy okazyjnie i zdobycznie powiększyłam swój dobytek ogrodowy o stół z odzysku. Ktoś się pozbywał, miał na przemiał a ja poprosiłam o darowiznę i na działkę jest jak znalazł. Jest zdecydowanie większy od tego plastikowego, który służył nam dotychczas, więc wygodniejszy.
Na miejscu rozebranej szklarni marzy mi się wiata z miejscem do wypoczynku, czytania, jedzenia, leżakowania, itp. Ale to jeszcze długa droga.









Rok temu posadziłam w maju 5 łubinów.
Jak widać tylko jeden się przyjął.
Może w tym roku zakwitnie

 Takiego miłego gościa miałam w piątek na działce
 
 grusza 

 jabłoń 

niedziela, 1 maja 2016

Roczek ogródka

Wróciłam. Zielono mi. hahaha.

Majówka pracowita. Więc osobiście nie wiem co to długi weekend. Ale czas na pracę w ogródku znalazłam. Wpadłam wiec do mojego osobistego raju, usiadłam na ławeczce i zadumałam się. I przeraziłam. Czym? Ano ogromem pracy jaka jest tam do wykonania. Wczoraj minął dokładnie rok jak otrzymałam symboliczny klucz do mojej działki. Rok za mną. Cztery pory roku. Zrobiłam obchód po moich włościach i doszłam do wniosku, że niewiele się tu zmieniło jak na tak długi okres czasu. Rok temu było tam mleczowisko i... jest nadal. Pojawiły się nowe roślinki, bo trochę posadziłam. Są nowe hortensje, róże, wrzosy. Posprzątałam śmietnik w chatce, naprawiłam dach i płot, wydzieliłam mini pole truskawkowe. Ale w zasadzie nic więcej. A tyle miałam planów.
Może w tym roku coś się uda zrobić. Może to dobrze, że nie wszystko jest tak od razu. Mam cel. A ponadto to co przychodzi z trudem to daje później większą satysfakcję.
Nadal jest szklarnia do rozebrania. Ktoś pomyśli, że szkoda jej. Ale ja w pomidora bawić się nie che. Jeszcze nie teraz. Za mało czasu. Ten zielony zakątek ma służyć rekreacji. Warzywa to nie jest jeszcze moja bajka. Choć nie ukrywam, że na pewno kiedyś zjem własną rzodkiewkę, fasolkę, szczypiorek. Ale uprawa wymaga czasu, którego ja obecnie mam niewiele. Poza tym szklarnia, którą mam jest już mocno zniszczona, spróchniała i grozi zawaleniem. 
Na miejscu szklarni marzy mi się wiata obsadzona na bokach kwitnącymi pnączami, czyli oczywiście clematis. To miałoby być miejsce do letniego wypoczynku. Stół, leżaki, drewniana podłoga. Pomysł jest, gorzej z wykonaniem, a raczej z wykonawcami, bo sama tego nie dam rady zrobić. Samo rozebranie tej starej szklarni to już jest wyzwanie.
Wciąż nie mogę zdecydować co dalej z domkiem. Czy uzbieram pieniądze na postawienie nowego i dlatego ten na razie zostawić tak jak jest? Czy jednak reanimować go?, bo nowy domek to przecież spora inwestycja. Zapytuje często siebie czy mi potrzebny nowy i większy skoro dla mnie jest to tylko miejsce do przechowywania narzędzi, leżaków i innych sprzętów. Na działkę chodzę tylko wtedy, gdy jest ładna pogoda, bo kręci mnie przebywanie na świeżym powietrzu. Więc po co mi większy domek skoro i tak tam nie przebywam? Ale z drugiej strony szałas o wymiarach 2,5 x 2,7 to naprawdę niewiele. Trudno tam się swobodnie poruszać gdy wszystko jest w środku. A na to wszystko składa się szafka, stół, parasol ogrodowy, plastikowe krzesła, leżaki, kosiarka, różnej maści narzędzia ogrodnicze, wiadro, konewka, wąż ogrodowy, worki z ziemią, kora, doniczki, itp, itd. Sporo tego jak na te niecałe 7 metrów powierzchni. Nadal więc rozmyślam nad jego losem.
Zimny kwiecień w tym roku opóźnił nieco pewne procesy przyrodnicze. Np. jeszcze nie kwitną kasztany, a matura już za 3 dni. Ale przyroda sobie poradzi i nadgoni stracone dni.

Moja grusza i jabłonka

Truskawkowe pole w skali mikro i makro (zadanie: dokupić sadzonki :)
"Idą" róże i hortensja
Mleczowisko przed skoszeniem
Choć i tak odrasta w zabójczym tempie

I na koniec takie oto słodziaki....


Może jutro pogrillujemy......