poniedziałek, 17 października 2016

Jesiennej depresji mówię NIE

Brr... Zimno jest. Niestety złota jesień już za nami.
Od 1 października ruszyłam z ogrzewaniem w domu.
Prace ogrodowe wstrzymane.
W sobotę pomimo chłodu podjęliśmy wyzwanie i trochę posprzątaliśmy ogródek przed zimą.
Myślałam, że tylko my odważymy się pracować na dworze, a okazało się że byli wszyscy nasi działkowi sąsiedzi. Wykopałam dalie, posadziłam kolejne dwie róże, zgrabiłam liście, usypałam kopczyki wokół hortensji i róż. Mam nadzieje, że nie zmarzną zimą.
Wiosną i latem każdą wolną chwilę wykorzystywałam na wizytę w ogródku. Teraz ten czas przeznaczę dla domu. Mam nawet parę zaległych pomysłów do zrealizowania.
25 września mój synuś wyjechał do Poznania. Regularnie dzwoni i zdaje mi relacje ze swojego nowego życia. Radzi sobie dobrze. To najważniejsze.
Jego pokój od razu przejęła młodsza z córek i to wywołało u mnie pomysł na remont tego pomieszczenia. Wyszło ślicznie. Będąc oczarowana efektem poszłam o krok dalej i odnowiłam też drugi pokój dzieci, czyli starszej córce. Każda z nich ma teraz swój własny pokój odświeżony, wysprzątany i pachnący. Myślę o malowaniu kuchni. Ale z tym poczekam trochę, bo chwilowo mam dość remontów.
W tym roku chce zadbać o zbudowanie atmosfery przedświątecznej w domu. Myślę o stroikach, piernikach, choince, światełkach itp. Do świąt jeszcze ponad 2 miesiące. Więc chce dobrze zaplanować wszystkie działania i rozłożyć je w czasie, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Ogólnie muszę przyznać, że jakoś pozytywnie jestem nastawiona do wszystkiego w tym roku pomimo chłodu, krótkich dni i powszechnie panującego przekonania, że jesień sprzyja depresjom.
Nie dam się :)

poniedziałek, 26 września 2016

Ogrodowe zmiany 2016

Mamy jesień, zarówno kalendarzową, jak i w w przyrodzie, co widać na zdjęciu poniżej. To widok z okna w moim mieszkaniu. 


Pierwszy jesienny weekend był cudownie letni. Całe popołudnie w sobotę i niedziele spędziliśmy na działce. Wczoraj siedząc na ławeczce i popijając kawkę zebrało mi się na podsumowania. Bo to był bardzo pracowity rok na działce. W tym sezonie wiosenno - letnim zrobiliśmy tam dużo więcej niż w ubiegłym roku. Może to dlatego, że w zeszłym roku działkę miałam dopiero od maja. I pewnie też dlatego, że potrzebowałam czasu na tzw. "rozkręcenie się", zapoznanie się z ogródkiem, oswojenie go. Tak więc ani się nie spostrzegłam jak nagle w ubiegłym roku skończyło się lato. Poza tym w ubiegłym sezonie nie miałam aż tak dużego wkładu czasu i pracy ze strony Mojego Mężczyzny.

Zmiany w tym roku: rozebrana szklarnia, dobudowana szopka narzędziowa, uporządkowana rabata kwiatowa wzdłuż płotu, utworzona od podstaw rabata różana, uporządkowany pas przylegający do altanki, przycięte drzewka i krzewy owocowe, dosadzone borówki, maliny, clematisy i winobluszcz.

Rozpoczęliśmy też przekopywanie małego placyku przed altanką, na którym obecnie panuje jeden wielki chaos, busz chwastowy itp. Chcemy to wykopać, zasypać i utworzyć tam kącik wypoczynkowy z ławeczką. Może zdążymy przed pierwszymi przymrozkami. Teraz pracujemy tylko w weekendy, gdyż w normalny dzień, zanim Mężczyzna wróci z pracy, to jest już 18 i szybko robi się ciemno i zimno. Liczę wiec na kilka ciepłych i suchych weekendów.

A póki co cieszę me oczy takimi kolorami.....








Z różami to ja mam całkiem już rozbudowaną historię, a nawet i histerię :).
Bo lubię je bardzo, choć nie wszystkie chyba lubią mnie. Przejęłam działkę z piękna różą wielkokwiatową, która posadzili tam poprzednicy. Nie znam jej nazwy. Kwitnie cudownie od czerwca do chwili obecnej. Mam też po poprzednikach róże damasceńskie, kwitnące wiosną.
W ubiegłym roku latem dosadziłam różę Chopin, ale chyba nie spodobało się jej u mnie - nie przyjęła się. Jesienią kupiłam korzystając z dużej przeceny dwie inne - Kronenburg i Tom Tom. Trochę stały sobie w altance, aż zrobił mi się początek listopada. Posadziłam więc je na szybko i bez namaszczenia i chyba tego im było trzeba, bo pięknie się przyjęły, rozrosły, a nawet jedna zakwitła. 
W tym roku niedawno dosadziłam kolejne dwie - Julia i Leonardo da Vinci.

Poniżej piękna róża posadzona przez poprzednich właścicieli działki. 

  

Otrzymana również "w spadku" po poprzednich właścicielach óże pienne damasceńskie Blush Damasc (chyba?), które nie powtarzają kwitnienia i zdobią ogród tylko wiosną, do maja. 




Powyżej zakupiona w ubiegłym roku Róża Kronenburg, która w tym roku pięknie zakwitła.

A poniżej dwie tegoroczne różane inwestycje.

 Róża Julia
Róża Leonardo da Vinci

W zestawieniu zabrakło zdjęcia Tom Toma.

 
Tak powstawała rabata różana
A tak wygląda obecnie

Pierwszy ptaszek wyfrunął z gniazdka

25 września 2016. Nowa ważna data w moim życiu. Wczoraj mój syn opuścił rodzinne gniazdko. Wyprowadził się z domu i wyjechał do innego miasta. Sytuacja jest wynikiem nowego etapu w jego życiu - rozpoczęcia studiów. Wyjechał wcześniej niż rozpoczęcie roku akademickiego, bo chciał mieć czas na aklimatyzację w nowym mieście, w nowym mieszkaniu, w nowej pracy. A za tydzień będzie też w nowej "szkole". Dużo nowości jak na tak krótki okres czasu. Wierzę, że sobie poradzi. Właściwie to wiem, a nawet jestem pewna, że sobie poradzi. To przebojowy i zaradny chłopak. Choć mam świadomość, że teraz jest mu ciężko. Na razie nikogo tam nie zna. Jest sam. Jestem cały czas myślami przy nim.

Jego pokój opustoszał nagle. Zabrał prawie wszystko, a resztę poprosił, by spakować w worki i kartony i przechować mu. Pokój przejęła po starszym bracie młodsza córka. Starsza w końcu, po 17 latach, ma swój własny pokój. Dotychczas dzieliła pokoje najpierw z bratem, gdy była mała, a od kilku lat z siostrą. Postanowiłam przy okazji odświeżyć pokoje dziewczyn. Czeka nas więc mały remont. Młodsza woli styl nowoczesny. Wybrała szary kolor i na jednej ścianie tapetę w kratę. Starsza preferuje romantyczne rozwiązania. Kolor miętowy lub lila i tapeta w kwiatową łączkę. Tak więc w domu szykują się zmiany.

czwartek, 8 września 2016

Wizualizacja marzeń

Mamy wrzesień. Wróciłam do starego rytmu dnia, starych obowiązków, utartych szlaków. Choć mam wrażenie, że jednak nie do końca jest jak dawniej. Bo jakoś tak więcej czasu mam ostatnio, który pozostaje do mojej dyspozycji i który mogę wykorzystywać w sposób jaki chce, jaki mi pasuje i sprawia przyjemność. Kiedyś tak się nie udawało. Myślę, że tak było głównie za sprawą nadmiernej ilości obowiązków i dodatkowej pracy. 12 godzin tygodniowo mniej w pracy to jest jednak sporo i wyraźnie to odczuwam. A przez 5 lat jednak wyrywałam ze swojego czasu te dwa popołudnia z wieczorami (bo do 22) albo miałam zajęte weekendy. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dzieci mam coraz starsze i to tez ma wpływ na ilość moich obowiązków i tego co "muszę". W zasadzie coraz mniej muszę. Ze szkoły już nikogo po pracy nie odbieram, lekcje odrabiają się same, bez mojego udziału, dziewczyny pranie powieszą, a czasem nawet wstawią, i zmywarkę rozładują, i podłogę odkurzą, a nawet umyją, obiad robimy na dwa dni, a nawet jak go nie ma to wszyscy są już na tyle samodzielni, że jakoś sobie radzą, nikt głodny nie chodzi, zapewniam.
Dzięki temu mam czas na ogródkowy relaks. I siedzimy tam z moim Szczęściem ile się da, a raczej na ile nam pozwolą komary. Jak nam się chce to coś zrobimy, a jak nie to odpoczywamy tylko.

Wraca i męczy mnie od czasu do czasu myśl i tęsknota za ślicznym małym wiejskim domkiem. Marzenia te mam tak intensywne, że już prawie widzę jak wygląda, z każdymi szczegółami. Widzę duży pokój dzienny na dole, z położoną obok kuchnią lub aneksem kuchennym, niewielką i przytulną łazieneczką, dalej drewniane schody prowadzące na górę gdzie będą dwa małe pokoiki, i może druga łazienka.

Widzę w salonie kominek, który ogrzewałby cały dom, duże okno z wyjściem na taras albo wprost do ogrodu, dużą  kanapę lub stylowy narożnik i nas tam zasiadających. Widzę deski na podłodze i  belki na suficie. Widzę nas przy stole jedzących obiad. Widzę duże łóżko w jednej sypialni na górze, a niej piękną haftowaną białą pościel, małe biureczko lub sekretarzyk, kwiaty na parapecie. W kuchni widzę szydełkowe zazdrostki w oknach, kaflowy piec, a przy nim mały zydelek, widzę Jego spracowane ręce krojące chleb na kanapki do pracy.
Ale przede wszystkim widzę nas wokół domu. Siebie w ogrodzie przy kwiatach. Jego w garażu przy aucie. Widzę ten niekończący się remont, elewacja domu, dach, rynny, drzwi, okna, naprawa płotu, równanie terenu pod ogród, remont, wykańczanie, a później urządzanie wnętrza.
I tego właśnie chcę od Życia!!! Bo widzę tam swoje szczęście.
Dla wielu takie marzenia są w zasięgu ręki. Dla mnie to jest nieosiągalne. Brak funduszy. Pensja nie najgorsza, ale zbyt mała by żyć z kredytem. A na spadek jakiś liczyć nie mogę. Ech, życie.....

Ale mam swój ogród. I korzystam z niego ile się da. A pogoda sprzyja.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Jak nie spłoszyć szczęścia. ....

Minął rok mojego pisania.  I znów mamy koniec wakacji. Ale jakoś nie nastroiłam się na podsumowania. Jedynie tylko chce tu udokumentować mój aktualny stan psychiczny. Jest dobrze. Nawet cudownie. Miłość kwitnie. Jestem szczęśliwa. Cieniem tylko kładzie się na tej sielance brak uregulowania naszej sytuacji. Na razie nie możemy zamieszkać razem, więc tym bardziej ślub jest nierealny. Zresztą nawet nie wiem czy on by chciał.
Fajnie jest. Zdecydowanie lepiej. W ogóle nie czuję tej różnicy wieku jaka jest między nami. Jego rodzina w pełni to akceptuje i miło mnie przyjęła. Żeby jeszcze tylko moje dzieci okazały zrozumienie.....
Kocham i jestem kochana. Czyż więc potrzeba mi czegoś więcej do szczęścia?
Ale dość na dziś tego zachwytu, bo los bywa przewrotny, a fortuna kołem się toczy. Więc żeby nie zapeszyć to ucinam temat.

piątek, 19 sierpnia 2016

Moja świątynia dumania

Nie zawsze przychodzę tu pracować. Czasem są takie dni jak dzis że zwyczajnie nic nie robię albo takie kiedy nie da się nic zrobić.  Taki był ten tydzień.  Codziennie padało a ja mimo to przyjeżdżałam tu. Bo kocham ten mój kawałek ziemi. Bo zwyczajnie mam potrzebę pobycia tu choć chwilę. Bo to jest mój szczęśliwy zakątek. Mój azyl. Świątynia dumania. W żadnym innym miejscu nie czuję się tak dobrze jak tutaj. Tu ładuje mój życiowy akumulator. Tu odzyskuje siły i równowagę psychiczną w czasie różnych życiowych zawirowan. Nawet gdy pada ubieram kalosze i kurtkę i jestem tutaj. Siadam w mojej chałupy przy otwartych na oścież drzwiach i patrze na krople deszczu które zbierają się na lisciach i trawie. Obserwuje jak woda spływa i jak chmury wędrują po niebie. I myślę. To tutaj obmyslalam swoje strategie plany marzenia.
Dziś pierwszy ciepły i słoneczny dzień więc jestem szybciej i dłużej niż zwykle. Po wielu deszczowych dniach ziemia mokra. Miejscami bloto. Nie chce mi sie dzis nic robic. Rozłożyłam lezak i relaksuje się. Słoneczko przygrzewa, choć z każdą godzina coraz słabiej bo jest coraz niżej. Leżę i patrze na niebo. Jest anielsko błękitne i czyste.
A to daje mi radość nieopisana wręcz








czwartek, 11 sierpnia 2016

O marzeniach i małych radościach dnia codziennego

Moja wyprawa na ogródek zajmuje mi trochę czasu. Działka jest położona na obrzeżach miasta. Z jednej strony dobrze, bo z dala od miejskiego zgiełku i zanieczyszczeń. Ale z drugiej strony dojazd zajmuje mi ok. kwadransa przy małym ruchu. Niby niewiele, ale jeśli mam tylko ok. godzinkę wolnego, to czasami nie opłaca mi się taki wypad, by coś tam móc zrobić. Bowiem z wolnej godziny połowę czasu zajmie mi dojazd tam i z powrotem. Jeśli do tego doliczyć dojście od bramy do swojej działki i przebranie się w "ogrodowe" ciuszki, to na prace ogrodowe zostanie niewiele czasu. Odpuszczam więc czasami taki wyjazd. Albo jadę tylko na moment by naładować "baterię" i posiedzieć na ławce pod jabłonką, popatrzeć na zieleń, pomyśleć, odpocząć.
Wciąż marzę o ogrodzie przy domu. Tak bardzo chciałabym mieć go w zasięgu ręki. Otworzyć drzwi od domu i od razu być w swoim królestwie. Otworzyć okno w domu i móc patrzeć na ogrodowe piękności i nawet na ogrodowe niedoskonałości.
Ogród to jest sprawa w zasięgu ręki. W ciągu roku czy dwóch byłabym w stanie stworzyć coś ładnego, wystarczy mi dać tylko kawałek ziemi. Ale żeby mieć ogród przy domu to trzeba mieć dom. A to już nie jest sprawa w zasięgu ręki. Jeszcze cały czas wierzę, że kiedyś się to uda. Że przyjdzie taki czas gdy marzenia się spełnią. Że jeszcze napije się kawy na dworze przed własnym domem. Choć przyznam szczerze, że wraz z upływem czasu ta wiara jest coraz słabsza. Nadzieja blednie i słabnie. Bo to co jest możliwe dla trzydziestolatki, staje się trudne dla czterdziestolatki, a prawie nieosiągalne dla pięćdziesięciolatki i nierealne dla starszych.
To ponoć takie typowe dla Polaków - że wiecznie narzekają. Co by nie mieli to i tak źle. Zawsze za mało. Tak więc ciesze się z tego co mam :)

Zakwitła pierwsza dalia podarowana od mojego uroczego sąsiada działkowego - Pana Czesia. Pamiętam, z jaka podejrzliwością przyjmowałam te pomarszczone i brzydkie bulwy. Nie robiły na mnie dobrego wrażenia. Z grzeczności nie odmówiłam przyjęcia daru. Posadziłam byle gdzie i byle jak. Jakiż było moje zdziwienie gdy szybko zaczęły wyrastać łodyżki i liście. Te akurat, które otrzymałam są chyba z odmiany wysokich bo rosły i rosły. Mają ponad metr wysokości. Niedawno zauważyłam że pojawiły się pączki, a w tym tygodniu zobaczyła pierwszego kwiatka. Cudo!!! Zakochałam się. Już wiem, że chce mieć dalii jak najwięcej.



Ostatnio specjalizuję się w przetwórstwie jabłkowym. Linia produkcyjna podzielona jest na kilka odcinków, które nie zawsze występują szybko jeden po drugim. 

Etap pierwszy - zbieranie. 
Na razie ograniczam się do przerabiania tego tylko co spadnie, bo póki wisi na drzewie to wiadomo, że dłużej świeżość zachowa. A nie byłabym w stanie przerobić wszystkiego na raz. Ze "spadów" i tak wybieram tylko te największe, najładniejsze - co daje codziennie kilka kg owoców. Reszta idzie na kompostownik. Ledwo nadążam z przerabianiem tego. Zbieram i zbieram. I codziennie gdy przyjeżdżam znów leży tyle samo co poprzedniego dnia. Wracam każdego dnia obładowana, że ledwo to donoszę pod drzwi mieszkania. 


Etap drugi - obieranie i gotowanie. 
Nie zawsze następuje to tego samego dnia co przywózka. Czasami zwyczajnie dzień jest za krótki. Ale jak już się wezmę to zajmuje mi to sporo czasu. Obieram, kroje w cząstki i podsmażam. papierówki są wdzięczne w tym temacie. Szybko się rozpadają tworząc mus, są też w miarę słodkie więc nie trzeba dużo w cukier inwestować. Patelnię mam dużą, ale i tak na jeden raz się to wszystko nie mieści, więc robię to na kilka porcji, które potem przekładam do dużego gara. 


Etap trzeci - pasteryzowanie. 
Czasami, gdy zacznę odpowiednio wcześniej smażenie i mam potem jeszcze czas, co oznacza że nie jest już pora nocna - pasteryzuje od razu. Ale nie zawsze mi się to udaje. Często jest tak, że przygotowana paćka jabłkowa we wspomnianym garze ląduje w lodówce i czeka do następnego dnia. A jak znajdę czas to umyte słoiki wyparzam, napełniam moją paćką i potem gotuje. 

Zapasów mam już sporo. Ile przetrwają tego nie wiem, bo w poprzednim roku w grudniu jedliśmy i były jeszcze ok. Ale jak na Wielkanoc chciałam zrobić szarlotkę to okazało się, że z pozostałych słoików większość była sfermentowana. Nie wiem co źle robię. Może w tym roku postaramy się po prostu zjeść je szybciej :)