wtorek, 13 października 2015

Monotonia

Znów zaliczyłam kilka dni przerwy w blogowaniu. Czytam takiego bloga gdzie autorka wstawia codziennie notatkę ze swojego życia. Może ma więcej do opisania, życie na wsi ma inny rytm niż to miejskie. Poza tym u niej coś się cały czas dzieje; prace w ogrodzie, newsy wiejskie, newsy z życia jej dzieci, docieranie się z Menem, poszukiwanie pracy zawodowej, itp. A u mnie?? Monotonia. Codziennie to samo. Każdy nowy dzień podobny jest do poprzedniego. Do 16 praca, później dalsze obowiązki zawodowe, tudzież domowe, lub rodzicielskie. Weekend wnosi odmianę od schematu. 

Sobotnie wolne popołudnie zaowocowało wizytą w ogródku, podładowałam swój akumulator. Zawsze jadę tam z ambitnym planem wykonania wielu czynności. A potem większość czasu tracę na zwyczajne przebywanie, chodzenie, oglądanie, debatowanie, rozmyślanie, kontemplowanie, delektowanie się. Chodzę po tych moich areałach, przyglądam się każdej roślince, listkowi, ździebełkowi, kwiatkowi, coś tam skubnę, coś posadzę, coś poprawię, coś pogłaszczę.  A później ze zdumieniem stwierdzam, że nic konkretnego nie zrobiłam i dalej jestem w tyle za innymi. Może taki już mój urok. Że wszystko muszę dobrze przemyśleć, rozważyć, przeanalizować, zanim zacznę działać. Tyle już spraw z życiu załatwiałam na wariata, na szybko, w gorączce pośpiechu, a potem... żałowałam, że nie poczekałam. Teraz staram się tak robić, żeby mieć pewność co do podjętej decyzji, że ta jest jedyna słuszna. Nie lubię uczucia rozczarowania. Stanu, w którym czegoś żałuje, gdy wiem, że

W nocy z piątku na sobotę mieliśmy pierwszy przymrozek i niestety od razu zauważyłam jego skutki w ogródku, na liściach, kwiatach, jeżynach. Złota jesień z dnia na dzień przeistoczyła się w paskudną jesień. Może to już powoli tzw. przedzimie wkracza do nas?

A co u nas?

W pracy ok. A nawet to co nie jest ok i kiedyś drażniło, to teraz jest już traktowane jak norma. Taką siłę na ludzkie przyzwyczajenie.

W domu ok. Czysto, ciepło, nawet miło. Czemu nawet? Oj, bo życie z dorastającymi dziećmi obfituje w liczne "uniesienia". Najwięcej takich stanów wynikało z temperamentu, charakteru, osobowości mojego syna. Szlifowanie tego człowieka to była najcięższa praca w moim życiu. A teraz jest jak jest. Trudny jest ten chłopak, wiem że ciężko mu będzie w życiu z takim podejściem do wielu spraw. Dobry z niego chłopak, wiem że krzywdy nikomu nie zrobi. Ale przeraża mnie jego rozbujane ego, pewność siebie, bezkrytycyzm, nadmierna asertywność. Choć z drugiej strony to może tak jest lepiej? Ja jestem jego przeciwieństwem i wiele razy byłam w życiu zła na siebie, że się wycofywałam, że ustępowałam, że nie walczyłam, że się dałam ustawiać, że pozwalałam na spijanie śmietanki przez innych choć to była moja zasługa. Może on, dzięki swojemu charakterowi więcej osiągnie niż ja z tą swoją grzecznością, układnością i nijakością. Dlatego już nie ingeruję, nie komentuję, nie przekonuję do swoich racji, zostawiam sprawy jakimi są i czekam na życiową weryfikację. Bo nikt i nic tak dobrze nie ocenia naszych decyzji jak Życie.

Natomiast w moim życiu uczuciowym jakieś rozchwianie. Z jednej strony coś próbuje zmienić, z drugiej zastanawiam się czy to ma sens, czy nie lepiej jest jak jest. Chcę stabilizacji, wspólnego życia, nawet może obrączki, ale wspólne zamieszkanie to też zmiana w życiu moich dzieci. A z drugiej strony czy starać się o wspólne życie, już, teraz, zaraz? Może warto poczekać. Zwłaszcza, że facetowi chyba taki stan odpowiada. Może zgodnie z moim podejściem do większości spraw zostawić to pod rozwagę i niech czas i życie zadecyduje za nas?... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz