piątek, 9 października 2015

O czym chiałam napisać

Czasami, z dala od komputera, mam jakieś spostrzeżenie, refleksję lub coś widzę i mam wewnętrzną potrzebę podzielenia się tym z innymi, chce mi się o tym napisać. Ale okoliczności uniemożliwiają realizację pragnienia natychmiast. A potem, gdy już mam czas i siadam przy klawiaturze to jakoś brakuje właściwych słów, natchnienia, inspiracji, weny ...
Ciekawe czy inni blogerzy też tak mają?
Z klasycznym dziennikiem czy pamiętnikiem chyba jest prościej, bo jeśli mamy go pod ręką to zawsze można skrobnąć parę słów, o ile ma się wolne ręce i długopis w najbliższym otoczeniu, a o to przecież nietrudno. Komputer, notebook, tablet itp to już raczej sprzęt, którego nie mamy zawsze i wszędzie.
No to o czym to ja ostatnio miałam ochotę napisać?

1. O tym, że mam bzika na punkcie chmur.
Nie wiem czy to wynika z mojej romantycznej natury czy zboczenia zawodowego. Na studiach, w moim cyklu kształcenia miałam meteorologię i na chmurach chyba trochę się znam. Lubię na nie patrzeć, lubię o nich gadać, często obserwuję niebo. Pozwalają przewidzieć najbliższą pogodę, ale ja widzę w nich coś więcej. Dla mnie jest w nich coś fascynującego, majestatycznego. Są jak obrazy na niebie.

2. O tym, że mam skomplikowane życie uczuciowe.
Jest ktoś w moim życiu od dłuższego czasu, ale na warunkach, które mi nie odpowiadają. Wciąż rozmawiam, tłumaczę, straszę zakończeniem znajomości, ale i tak mięknę i odpuszczam. Jestem zbyt mało stanowcza. Pewnie dlatego, że sama nie wiem czego chcę. Raz narzekam, że mi źle w takim związku, a innym razem cieszę się, że to taki niezobowiązujący układ. Bo w sumie to mi odpowiada, bo ja nie mam przecież czasu na poważny związek, randkowanie, dbanie o faceta. I bądź tu mądrym... Ach, te baby...

3. O tym, że z wiekiem robi się ze mnie samotnica.
W środę po pracy zwyczajnie zdezerterowałam z domu i pojechałam na działkę. Nawet się ucieszyłam, że nikt nie miał ochoty mi potowarzyszyć. Pokręciłam się po ogrodzie, coś posadziłam, coś wyrwałam, trochę pokopałam, wypieliłam, ale przede wszystkim cieszyłam się z tego, że mogę pobyć sama. W pracy jestem wśród ludzi, w domu zawsze jakieś dziecko jest na miejscu, na ulicy ludzie, w sklepie ludzie, i tylko w ogrodzie mam swój azyl, moją świątynie dumania. I właśnie odkryłam, że lubię być sama.

4. O tym, że za mało jestem mamą dla mojego najmłodszego dziecka.
Gdy starsze dzieci były małe miałam dla nich dużo czasu. Poprzednia praca dawała mi takie możliwości, że więcej byłam w domu niż w pracy, bo też część pracy wykonywałam w domu. Popołudnia z dziećmi, weekendy z dziećmi, święta, ferie, długie wakacje. Teraz nie dość, że mam normalną pracę po 8 godzin od poniedziałku do piątku, to jeszcze pracuję dodatkowo. W domu bywam czasami przelotem. Wpadam, za chwilę pędzę gdzieś dalej, nieraz wracam dopiero o 22.00, wiele spraw z dziećmi załatwiam przez telefon. O ile starszym to nie przeszkadza, bo mają już swoje sprawy, zainteresowania, przyjaciół, o tyle dla najmłodszej to jest katastrofa. Oczywiście ona się nie skarży, czasami zapewne jest jej to na rękę, że nikt nie pilnuje, nie goni do lekcji, sprzątania, mycia zębów, itp. Może spokojnie oglądać TV, czytać, bawić się telefonem. Przysłowiowy luz blues. Ale do pionu postawiła mnie nasza przedwczorajsza rozmowa na temat sprawdzianu z przyrody, na który się nie przygotowała. Trochę tłumaczyła się, że zapomniała, potem że nie lubi tego działu, w końcu przyznała też, że nie do końca to rozumie. Z pretensją w głosie zarzuciłam jej, że dlaczego nie przyszła z tym do mnie?, dlaczego nie poprosiła mnie o pomoc?, przecież to moja branża.
"Ale przecież ciebie nigdy nie ma!" - odparła, prawie płacząc. I miała rację.

5. O błędnym kole w moim życiu.
Chciałabym jak najwięcej czasu spędzać w domu i z dziećmi. Szczególnie teraz, gdy dziećmi jeszcze są i chcą ze mną być. Ale się nie da z powodu nadmiaru pracy. W wielu domach ojcowie są nieobecni, bo głównie skupiają się na zarabianiu pieniędzy. Domem i dziećmi w głównej mierze zajmują się żony i matki. W moim domu, od czasu jak zostałam sama, to ja musiałam obie te role pogodzić. Muszę być matką i maszyną do zarabiania pieniędzy. I zapewniam, że nie chodzi o luksusy. Mam kredyt. Po co go wzięłam? Żeby mieć stałe miejsce zamieszkania i skończyć z ciągłym błąkaniem się po wynajmowanych mieszkaniach. W moim domu ojca nie ma, a i matka bywa dużo mniej niż w innych rodzinach.
Dlaczego tyle pracuję? Bo w naszym kochanym kraju moja jedna pensja wystarcza na ratę kredytu i opłaty typu czynsz, gaz, prąd, woda, kablówka. A gdzie reszta życia? Potrzeba jeszcze funduszy na wyżywienie 4 osób, ubrania, leki, obuwie, naukę, naprawy w domu, wizyty u lekarzy, zajęcia dodatkowe dzieci itp. Alimenty w kwocie 1200 zł nie pokryją tych wszystkich wydatków. O kinie czy basenie czasami można wręcz pomarzyć. Ktoś powie - wnieś sprawę o podwyższenie alimentów. Ale 100 czy 200 zł nie rozwiąże problemu. Tu potrzeba dużo większej kwoty. Poza tym dobrowolnie z chłopem się nie dogadam, a na drodze sądowej znów skończy się konfliktem i robieniem na złość. Więc ciesze się, że to co przyznane wpływa na konto regularnie i bez zwłoki i wolę nie drażnić "rekina". Poza tym, każdy sąd jak zobaczy moje aktualne dochody to przyzna, że wystarczająco dużo zarabiam. Żeby dostać wyższe alimenty muszę być odpowiednio biedniejsza, czyli mieć zaświadczenie o niższych dochodach. Żeby mieć niższe dochody musiałabym z jakiegoś dodatkowego "ogona" zrezygnować. Stracę wtedy dużo więcej niż zyskam. Błędne koło. Jestem w patowej sytuacji. Cokolwiek zrobię będzie źle. Jak na razie staram się by wilk był syty i owca cała. Każdy możliwy czas poświęcam dzieciom, nawet kosztem życia uczuciowego.

A na zakończenie jedna fotka. Jechałam i zatrzymałam się, by zrobić to zdjęcie.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz