środa, 7 października 2015

Przyjaźń

Z mojego pierwotnego założenia ten blog to miał być rodzaj dziennika czy pamiętnika. A dziennik powinien mieć codzienną notatkę. A ja łapię się na tym, że czasami brakuje mi czasu na codzienne wpisy. Owszem, myślę o odnotowaniu pewnych ważnych spraw, ale w ciągu dnia nie ma kiedy, a przed zaśnięciem zazwyczaj padam jak małe dziecko. Myśląc - układam sobie nawet w głowie, to o czym chciałabym napisać i w jaki sposób. Ale z realizacją już jest trudniej. Wierzę, że to się zmieni.

Wiem, że gdy dzieci wyfruną z mamusinego gniazdka to czasu będę miała aż nadto. Na ten czas odkładam wszystkie moje marzenia, plany, pasje. Wiem, że wtedy będę czytać dużo książek, obejrzę wszystkie zaległe filmy, a przy sprzyjającej pogodzie będę spędzać każdą wolną chwilę na działce, może nawet schudnę, bo znajdę w końcu czas na siłownie lub jogging. A może będzie zupełnie inaczej.... Kto to wie? Gdybyśmy znali przyszłość, wówczas żylibyśmy zupełnie inaczej niż teraz.

Tytuł dzisiejszego posta związany jest z moimi przemyśleniami wywołanymi wczorajszą wieczorną rozmową z moją starszą córką. Rozmawiałyśmy o przyjaźni, zaufaniu, lojalności. Uświadomiłam sobie, że w moim życiu miałam dwie ważne osoby, które określałam przyjaciółkami. Bo koleżanek mam całe tabuny i nie mam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości i byciem lubianą. Ale mam duże opory i wewnętrzną blokadę przed zwierzaniem się z intymnych czy osobistych spraw.

Pierwszą przyjaźń zawiązałam jako mała dziewczynka, jeszcze w szkole podstawowej. Hania. Choć obie miałyśmy podobne usposobienia, osobowość, temperament, to ona była dziewczyną z tzw. dobrego domu. Nie mówię, że mój był zły, ale na pewno skrajnie różny - dużo biedniejszy, pozbawiony wyjątkowych atrakcji, borykający się z problemem alkoholowym ojca, troszkę jakby nieszczęśliwy. Hania miała wszystko, o czym ja mogłam tylko marzyć - jedynaczka, duże mieszkanie, pięknie wyposażone, eleganckie kosmetyki, śliczne ubranka, zakupy w Pewexie, lekcje fortepianu, zagraniczne wyjazdy itp., zawsze uśmiechnięta, wyjątkowo ładna, bardzo dobra uczennica. Ochy i achy. A jednak coś nas połączyło. Spędzałyśmy każdą wolną chwilę razem, razem się uczyłyśmy, plotkowałyśmy, zwierzałyśmy się sobie. Tak było do końca liceum, bo nawet w szkole średniej nadal byłyśmy w tej samej klasie. Ta przyjaźń, a przede wszystkim przebywanie w jej domu i w jej towarzystwie pokazało mi inny świat, inne życie. Np. to właśnie u niej w domu pierwszy raz piłam kawę w filiżance, a nie jak dotychczas w szklance. W moim domu filiżanki były, ale stanowiły dekorację na półce i nikt nawet ich nie ruszał. Gdy pewnego dnia zaproponowałam, żeby zacząć ich używać uznano to za fanaberię, swoiste dziwactwo. Kochałam rodziców i wiele im zawdzięczam, a szczególnie mamie. Ale to gdzie jestem obecnie i to jak żyje oraz co osiągnęłam to przede wszystkim efekt moich młodzieńczych marzeń o życiu jak u Hani. Po maturze ja wyjechałam na studia bardzo daleko, tutaj zostałam. Ona studiowała blisko, a po studiach wróciła do rodzinnego miasta. Spełniła swoje marzenie - jest lekarzem, ma rodzinę, piękny dom. Jest szczęśliwa. Rozłąka zrobiła swoje - nowe miejsca, nowi ludzie, nowe obowiązki. W czasie studiów, gdy jeździłam do domu czasami spotykałyśmy się. Potem każda podjęła pracę, założyła rodzinę i jakoś się naturalnie, po cichu i bez emocji rozeszło. Kontakt się urwał. Nasze mamy często się spotykają i rozmawiają ze sobą. Dlatego wiem co się u niej dzieje, a ona pewnie wie wszystko o mnie. Zajmuje ważne miejsce w moim sercu.

Na studiach, w akademiku, w sąsiedzkim pokoju mieszkała Monika - koleżanka z mojego roku. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy. I znów sprzeczności, choć nie materialne, to na pewno charakterologiczne. Ona, choć dziewczyna ze smutnym życiorysem (porzucenie przez ojca, śmierć mamy na krótko przed maturą, dużo młodszy brat oddany pod opiekę ciotki) - to jednak przebojowa, zdeterminowana, realizująca cele, konkretna, zawsze na świeczniku,  błyskotliwa. Typowa gwiazda. Ja - cicha, spokojna, trochę zagubiona, nieśmiała, wycofana, wręcz zahukana dziewuszka z małego miasteczka. Ale coś nas przyciągnęło do siebie. To była swoista symbioza. Ona chyba miała potrzebę opiekowania się mną, a ja widocznie potrzebowałam takiego "promotora".  Ale razem żyło nam się świetnie. Nauczyła mnie sztuki makijażu, asystowała przy zakupach ciuchów, wyciągała na imprezy. Ale przede wszystkim była zawsze przy mnie, gdy była potrzebna - pomocna, cierpliwa, godna zaufania. Po studiach rozpoczęła ścieżkę naukową. Po dwóch latach, gdy powiększali kadrę pamiętała o mnie i zaproponowała szefowi moją osobę, ściągnęła mnie do miasta, w którym żyję już 16 lat i chyba pozostanę na zawsze. Pracowałyśmy razem przez 9 lat. Ona robiła karierę, pięła się do góry (doktorat, funkcja prodziekana), ale ja się tam męczyłam. Łączyło nas nie tylko życie zawodowe, ale też spędzałyśmy razem czas po pracy, z naszymi mężami, dziećmi, które były w tym samym wieku. Kilka lat temu zmieniłam miejsce pracy. Zresztą w tym samym czasie ona zaczęła swoją przygodę z Warszawą i wkrótce tam się z rodziną przeniosła. Dziś jest doktorem habilitowanym, pracuje w PAN-ie. Widujemy się rzadko, przy okazji, gdy jest w moim mieście u rodziny. W ciągu kilku lat spotkałyśmy się może dwa czy trzy razy. Wiem, ze jak przyjeżdża to na chwilę i ma mało czasu, zresztą przyznam szczerze, że ja nie zabiegam o te spotkania. Ona - elegancka, zadbana, ubrana w najlepsze marki, a ja czuję się przy niej jak biedna krewna, która wzbudza współczucie. Ale cieszę się z jej sukcesów, kibicuje jej gdy ma przed sobą jakieś kolejne wielkie wyzwania, trzymam kciuki. Jest dla mnie dowodem na siłę determinacji. Ona = chcieć to móc.

Obie te przyjaźnie, choć nie przetrwały (głównie z powodu rozłąki), wywarły duży wpływ na moje życie. Przy jednej nauczyłam się stawiać ambitne cele, dążyć do czegoś więcej niż mam, pragnąc lepszego życia niż to które posiadałam.
To dzięki Hani zapragnęłam osiągnąć więcej niż pozwalały mi naturalne, powiedzmy społeczne, możliwości, wejść na "życiowych schodach" przynajmniej o jeden stopień wyżej niż moi rodzice, nie poprzestawać w dążeniach na zwykłej codzienności, nie godzić się na bylejakość.
Monika przede wszystkim oduczyła mnie tzw. "ciągłego przepraszania za to że żyje". Przy niej zgubiłam gdzieś swoją niepewność, nieśmiałość. Ona nauczyła mnie, że dla siebie muszę być tak samo ważna jak inni, czasami postawić na swoim, bronić swoich interesów i spraw, walczyć do końca, nie poddawać się, wierzyć w sukces i robić swoje. Rozbudziła moje poczucie wartości.

Kończąc moją wczorajszą rozmowę z córką stwierdziłam, że obecnie to już mam tylko koleżanki.
- Teraz już się z nikim nie przyjaźnię - przyznałam.
- Teraz masz córkę - odpowiedziała M. Zrozumiałam - co miała na myśli.

Wiem, że moja przyjaźń z córką będzie należała do tych najbardziej trwałych. Tylko muszę poczekać, aż będzie nieco starsza, bo nie o wszystkim mogę obecnie z nią porozmawiać. Matka powinna być matką, a nie kumpelką, przynajmniej dopóki dziecko jest dzieckiem. Może dlatego tyle piszę....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz