Otóż, zgodnie z ideą hortiterapii, w dużym uproszczeniu - ogród leczy. I ja na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że to działa, choć przyznam, że akurat nie jestem osobą, która potrzebowała jakiejkolwiek terapii. A przynajmniej tak mi się wydaje...
Niemniej jednak przyznaje, że czas spędzony w ogrodzie uszczęśliwia!!! I oto w hortiterapii chodzi. Kto chce może pracować, kto nie chce, nie lubi lub nie ma na to siły może po prostu tylko tam spędzać czas. Obcowanie z roślinami, kwiatami, kolorami, itp ma zbawienny wpływ na duszę. Wydzielają się endorfiny, czyli hormony szczęścia.
Ja uwielbiam grzebać w ziemi; sianie, sadzenie, przesadzanie, pielenie, wszystko to wciąga mnie tak bardzo, że tracę poczucie czasu. Wychodząc z domu planuję spędzić w ogrodzie 2 godzinki, a w rzeczywistości znikam na 3 albo i dłużej. A i tak wychodzę niezadowolona, bo nie zrobiłam wszystkiego co zaplanowałam. Może mam problem z planowaniem? Oj, chyba tak. Jestem bowiem niecierpliwa i wszystko chcę mieć już, od razu.
Wczorajszy dzień był piękny. Jak tylko wychodziłam ze szkoły, od razu wiedziałam, że popołudnie będzie należeć do ogrodu. Mieczyki niestety kończą kwitnienie. Ale nadal kwitną floksy i rudbekie. Azalie się przyjęły. Hortensje kwitną i puszczają nowe pędy. Znów kwietnie róża. Posadziłam wrzosy. Jest pięknie.
Edytuje, by dodać zdjęcia.
| "uratowane" przeze mnie sadzonki funkii |
| zakwitła truskawka |
| borówka już w jesiennych barwach |
| a jeżyny jeszcze długo będę zbierać, tylko co z nich robić? |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz