środa, 30 września 2015
Rozważań wiejsko - sielkich c.d.
Od paru dni dumam i dumam. Układam sobie wszystko w głowie. Porządkuje. Hierarchizuje. Modeluje przyszłość. A wszystko to po to, aby łatwiej zaakceptować to co mam, aby nie pędzić do czegoś nierealnego, a na pewno trudnego do zdobycia, aby przez to nie czuć się sfrustrowaną, niespełnioną, nieszczęśliwą. Bo dla mnie najważniejszy w życiu jest spokój ducha. Takie przysłowiowe pogodzenie się ze sobą. Często tak mam, że w sytuacjach kiedy coś nie idzie po mojej myśli sama sobie tłumaczę pewne rzeczy, przekonuję, argumentuję. W pewnym sensie można powiedzieć, że wmawiam sobie, że tak jak jest - to jest lepiej, że w sumie dobrze, że nie wyszło, że tamten pomysł to bez sensu był, że pewnie i tak bym żałowała. Przy takim gadaniu łatwiej akceptuję porażki czy niespełnienie.
Takie niespełnienie to mój pomysł z wiejskim życiem. Pomysł był na zamianę miasta na wieś. Tyle tych blogów różnych "wiejskich" czytam, te pochwały życia sielskiego, wiejskiego, spokojnego, zgodnie z porami dnia i roku, w zgodzie z naturą, etc. etc. I tak się zaczytałam, że moje odwieczne marzenie o domku na wsi zawładnęło mną jeszcze mocniej, przycisnęło wręcz do muru. I "... już byłam w ogródku, już witałam się z gąską ...". A jednak przyszło opamiętanie.
Moje życie to ciągła walka serca i rozumu. A że jestem już dojrzałą kobietą, mniemam że rozsądną i mądrą, to na pewne rzeczy i sprawy patrzę realnie. Choć nie wyłączam serca... I wierzę też w intuicję.
No to jak to jest z tym moim marzeniem o wiejskim życiu??? Ano jest. I tkwi w sercu mocno, głęboko. Nawet rozum je akceptuje.
Regularnie czytam kilka bogów o życiu kobiet na wsi. Jedna mieszka tam z rodziną, mężem i dziećmi, od ślubu, po studiach, ale nie pracuje zawodowo. Kolejna - to samo. Inna - też z rodziną i małymi dziećmi - pracuje w mieście, ale w innych nieco realiach, bo nie codziennie i nie 8 godzin albo więcej. Dwie inne przeniosły się na wieś w wieku, gdy dzieci były dorosłe, usamodzielnione już. Ale mają wspólną cechę. Każda z nich ma faceta w domu.
A jak jest u mnie?
Męża brak. Za to dzieci więcej niż średnia krajowa, bo troje, z czego najmłodsze w jeszcze szkole podstawowej. Codziennie pracuje do 16, dodatkowo 3 godziny w soboty, do wakacji przyszłego roku jeszcze mam dodatkowe dyżury, czasami popołudniu, czasami w weekendy, a z racji pełnionej dodatkowej funkcji społecznej jeszcze czasami odwiedzam kilku podopiecznych, przynajmniej raz w miesiącu.
Najmłodszą codziennie rano przed pracą odwożę do szkoły. Wszystkie dzieci mają jakieś dodatkowe zajęcia: oaza, sport, angielski, działalność charytatywna, kółka wszelkiej maści. Najmłodsza na szczęście po lekcjach wraca już do domu autobusem, a na kółka uczęszcza w szkole po lekcjach. Starsze dzieci do szkoły mają blisko. Ale zajęcia dodatkowe to konieczność przemieszczania się po mieście. Radzą sobie, są samodzielne. Ale czasami ich podwożę, czasami odbieram, o ile praca w danym dniu mi w tym nie przeszkadza. Logistycznie jest to wszystko u nas naprawdę dobrze zorganizowane, bo żyjąc w mieście, gdzie w ciągu kilku-kilkunastu minut docieram na miejsce, jest to wszystko możliwe do ogarnięcia.
Wyjazd na wieś? Patrząc realnie - przypuszczam, że jak wyjechałabym rano to pewnie wracałabym tam wieczorem. Dzieci mając np. dwugodzinną przerwę między zakończonymi lekcjami a dodatkowymi zajęciami nie wracałyby do domu, bo to by się nie opłacało, żeby wpaść tylko na chwilę. Więc tak naprawdę zmieniłoby się nam tylko miejsce zameldowania, bo życie nadal wiedlibyśmy typowo miejskie - tu jest praca, szkoły, treningi, znajomi, sklepy, lekarz itp. Jeśli to wszystko połączymy z wizją wysokiej raty kredytu okraszonej dużymi kosztami dojazdów do miasta, to okazuje się, że mogłoby to być smutne wiejskie życie. Bo czy jedna pensja, nawet powiększona o dodatkową pracę, uzupełniona alimentami (od blisko 8 lat niezmiennymi i poniżej średniej krajowej) daje gwarancję, że na to wszystko wystarczy??? A gdzie wydatki na dom, ogród, wakacje dla dzieci? W tych rozważaniach zwycięża rozum.
Wzięłam też pod uwagę inny aspekt tego pomysłu. Otóż, przenosząc się na wieś, będę tam obca, inna. I nie wyrobiłam sobie tego poglądu na podstawie pobieżnych spostrzeżeń. Pracuję z kilkoma osobami, które mieszkają na wsi. Niejedno słyszałam. Mam liczną rodzinę na wsi (w innym regionie Polski). Niejedno widziałam. Wysnuwam też wnioski z blogowych dywagacji na temat wiejskich relacji tubylec - osiedleniec. Oczywiście nie wszędzie jest źle, i na taką sytuację liczyłabym w swoim przypadku. Ale proza życia pokazuje różne rozwiązania. Choćby takie, że często ludzie wsi to ludzie mocno zapracowani, wiecznie zmęczeni, zaniedbani, narzekający na swój los. Chcieliby mieć lepiej, lżej, łatwiej. Ale czasami się nie da. I widok kogoś kto żyje sobie wygodnie z "miastowej" pensji wzbudza w nich w najlepszym przypadku politowanie, ale czasami wręcz pogardę, złość, oburzenie, zawiść. Oczywiście - na szczęście - nie wszyscy tak myślą. Młodsze pokolenia mają już w tej kwestii nowocześniejsze podejście. Ale wielokrotnie słyszałam już opowieści jak to obśmiano (oczywiście za plecami) przeflancowaną kobietę, zadbaną, ładnie ubraną, bo "się wystroiła" do sklepu, a już makijaż to wręcz przestępstwo. A jeszcze jak się uśmiecha i jest zadowolona życia, to niektórych krew zalewa. W każdej niemal wsi trafi się ktoś taki kto lubi głośno wyrażać swoje opinie o innych, najczęściej w progu kościoła, a jakże! Dlatego marzy mi się dom na uboczu wsi. Z dala od ludzkich spojrzeń, tak by nie kłuć nikogo w oczy, leżeniem na leżaku, czytaniem książki, piciem kawy na tarasie. Do takiego życia ciągnie serce. Ale rozum podpowiada, że przy obecnym trybie życia nie wystarczy mi czasu no to leżakowanie. Więc po co ta zmiana?
O co mi tak naprawdę chodzi? Zastanawiałam się nad tym intensywnie przez minione dwa dni. Chodzi mi o wiejskie życie, ciche, spokojne, z dala od ludzi, z psem, z kawałkiem ziemi, z kwiatami, brzózkami i jabłoniami, pomidorkami i czosnkiem, spiżarnią pełna własnych przetworów. Do tego ciągnie serce. A rozum mówi - będą też myszy i muchy, zimny dom po powrocie z pracy. No i pytanie czy ta zmiana będzie korzystna dla dzieci? Ja spełnię swoje marzenie, ale czy dla nich to będzie dobre rozwiązanie?
Krzywda na pewno im się nie stanie. Coś zyskają. Ale niestety na pewno też coś stracą. Chyba przede wszystkim życie towarzyskie. Znam swoje dzieciaki dobrze i wiem, że dla nich to ważne. U nas w domu ciągły ruch. Ktoś wpada na chwilę, ktoś przychodzi na dłużej. Nie przeszkadza mi to. Lubię młodzież. I cieszę się, że im tak jest dobrze.
Dla mnie życie towarzyskie nie ma wielkiego znaczenia. Nawet mieszkając w mieście rzadko gdziekolwiek wychodzę i bywam na salonach. Lubię być sama. Po wielogodzinnym zamieszkaniu w pracy chętnie przyjmuję do swojego życia ciszę. Jeśli wychodzę z domu to na spacer do lasu, na działkę, czyli znów tam gdzie jestem sama, w ciszy. Serce ciągnie do azylu, sacrum, oazy, świątyni dumania, spokoju, ciszy, samotności. Rozum mówi - znajdź kompromis.
Czyż kompromisem nie będzie moja działka? Tam jestem szczęśliwa, mam to czego potrzebuje moja dusza, a w swoim mieszkaniu mam to czego potrzebuje moje ciało. Więc może na razie poprzestanę na nowościach i zmianach w moim życiu? Może finito, stałość, constans? Może powinnam pomyśleć o przeflancowaniu na wieś, gdy dzieci wyfruną z gniazdka?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz