Mam wrażenie, że ten rok jest jakiś przełomowy w moim nastawieniu do życia zawodowego. Odkąd skończyłam studia cały czas pracuje, ale co kilka lat zmieniała się moja sytuacja zawodowa. Najpierw przez dziewięć lat miałam komfort w pracy - pomimo całego etatu - tylko 2-3 razy w tygodniu po parę godzin plus czasami weekendy.
Potem, 8 lat temu, zmieniłam pracę na lepiej płatną, ale niestety 40-godzinną tygodniowo. Zmiana pracy (niewiele później) zbiegła się w czasie z moimi zmianami w życiu osobistym i wtedy wpadłam w pracoholizm. Odkryłam bowiem, że lekarstwem na zmartwienia, udręki, natrętne, uporczywe, smutne myśli jest posiadanie ciągłego zajęcia, które rozprasza myślenie, wspomnienia, etc. Zostawałam więc w pracy po godzinach, po paru latach zaczęłam brać stopniowo dodatkowe godziny, zwiększając stopniowo swój wymiar zatrudnienia, co w skali 4-5 lat powiększyło mój jeden etat do dwóch, a właściwie 2,25, bo jeszcze mam dodatkowe zajęcie o nienormowanym czasie i trudne do wyliczenia w skali wymiaru etatu. Jak do tego dołożyć jeszcze opiekę nad trójką dzieci, obowiązki domowe to w rzeczywistości na myślenie i użalanie się nad sobą nie było już czasu, a wieczorami padałam ze zmęczenia, gotowa zasnąć prawie na stojąco. Mój najdłuższy urlop w ciągu poprzednich 7 lat pracy trwał 10 dni, a i tak zawsze pozostawałam pod telefonem, gotowa (o ile byłam na miejscu) w razie potrzeby podjechać na chwilę, ratując w kryzysowej sytuacji.
Z upływem czasu mój stan ducha stopniowo się poprawiał, ale przyzwyczajenie do ciągłej aktywności pozostało. Do pieniędzy też się przyzwyczaiłam, a raczej (szczerze mówiąc) moje dzieci. Jednak praca dawała mi satysfakcję, spełnienie, poczucie ważności i bycie potrzebnym, czasami wręcz niezastąpionym, więc trwałam w tym nadal. Aż do tego roku.
Ten rok okazał się przełomowy. Jak wcześniej pisałam cierpię na uporczywe natrętne marzenie o życiu w stałym kontakcie z przyrodą, ogród, łąka, pole, las, cokolwiek, byle nie miasto, ulice, gwar itp. Skoro miejsca zamieszkania nie mogę zmienić (mam nadzieję, że tylko na razie!) to znalazłam kawałek ziemi, który od tegorocznej wiosny raduje moje oczy, umysł, serce, duszę.
I nagle zwrot w moim życiu. Już nie chcę siedzieć dłużej w pracy. O ile nie jest to podyktowane rzeczywiście wyjątkową i konieczną sytuacją, to nie zostaje dłużej niż muszę, ba!!, nawet łapię się na tym, że w ciągu dnia zerkam na zegarek sprawdzając ile jeszcze mi zostało do końca. W tym roku latem byłam 3 tygodnie ciurkiem na urlopie!!! Wszyscy w pracy to zauważyli i szeroko komentowali. Każdą wolną chwilę spędzam na działce. Walczę o każdy kwadrans, który kiedyś z radością poświęcałam swojej ulubionej pracy. Od września trochę zredukowano mi część etatu i nawet mnie to nie zmartwiło. Chyba nadszedł czas by trochę przystopować.
Oby mi to nie przeszło. Dobrze mi tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz