wtorek, 22 września 2015

Samotne macierzyństwo

Dziś dzień z kategorii tych, jakich nie lubię. W pracy od 8.00 do 22.00. Uff, dam rade, ale to samo w czwartek. Chwilowo teraz mam parę minut dla siebie, które mogę wykorzystać na pisanie.

Wczoraj po długiej przerwie ubrałam w pracy szpilki. Generalnie większość mojego dorosłego życia spędziłam na wysokich obcasach. Jestem niska (niecałe 160 cm). Ostatnio jednak przybrałam sporo na wadze, już nie jestem filigranowa i wielogodzinne chodzenie na wysokich obcasach jest dla mnie nieco męczące, szczególnie latem. Latem, w okresie wakacyjnym biegam w płaskich sandałkach, klapeczkach, trampeczkach, czasami zakładam buty na koturnach. Gdy skończyły się ciepłe dni płynnie przeszłam od sandałków do balerinek, czyli nadal płasko. A wczoraj porządkowałam swoją szafkę w pracy i... zobaczyłam je. Stały w kącie, zapomniane, nieco przykurzone. Wyjęłam, przetarłam, założyłam niby na próbę, na chwilę i tak już zostałam do końca dnia pracy. I muszę przyznać, że nie ma nic bardziej kobiecego niż szpilki. Noga od razu dłuższa, stopa smuklejsza, krok elegantszy. Cud, miód, malina.

Wczoraj miałam typowe mamuśkowe popołudnie. Do 16.00 praca. Powrót do domu zaraz po podstawowej pracy, żadnych dodatkowych godzin, dorabiania, zaległych robót. Szybko zamieniałam służbowe ubranko na luzackie, zjadłam jakieś resztki niedzielnego obiadu i wspólnie ze starszą córką pojechałyśmy kupić jakieś produkty, którymi można wypełnić lodówkę i kuchenne szafki, bo jak tam jest pusto, to jakieś takie przygnębienie mnie zawsze ogarnia. Potem posiedziałyśmy we trzy (plus jeszcze ta młodsza) w kuchni, pogadałyśmy o szkole i takich tam innych, babskich i dziewczyńskich, sprawach. W tzw. międzyczasie pozamiatałam mieszkanie, wstawiłam pranie, ugotowałam cały gar zupy dla dzieci na dziś, żeby miały coś na obiad, gdy ja mam cały dzień w pracy. Zawiozłam syna na trening, upiekłam ciasto, odebrałam z treningu, a przed zaśnięciem znalazłam jeszcze siły, by przyciąć i obrzucić nowe zazdrostki do kuchni. I wcale nie czułam zmęczenia, ani nie miałam ochoty narzekać. Może nie jest to wyczyn na miarę osiągnięć olimpijskich, ale znam kobiety, które nie pracując zawodowo robią mniej w ciągu całego dnia, a i tak wiecznie narzekają jakie to są mocno zarobione.
Czasami sama się zastanawiam jak udaje mi się nad tym wszystkim jeszcze panować. I chyba nie tylko ja się nad tym zastanawiam, bo jakiś czas temu jeden ze współpracujących ze mną panów (trudno mi go nazwać kolegą, bo jest w wieku mojej mamy) zapytał mnie właśnie: jak ja godzę tak dużą ilość pracy zawodowej z obowiązkami domowymi. No cóż, lekko nie jest, ale zapewniam że jest to możliwe. Dużo pracuję, ale w żadnym wypadku nie zaniedbuje przez to domu i dzieci. Z pewnością mam mniej bogate życie towarzyskie, ale to nie znaczy, że nie mam żadnego. No i na pewno nie jestem na bieżąco w serialach. Ba! o niektórych nawet nie wiem że takie istnieją.
Zapewniam jednak, że w mieszkaniu mam porządek, dzieci są zdrowe, nakarmione, czyste, ładnie ubrane, dobrze się uczą. I nie są to dzieciaki w stylu ciamajd, płaczków, zarozumialców, albo takich co to pół życia spędzają nad podręcznikami. Moje dzieciaki są wesołe, asertywne, energiczne, żywiołowe, spontaniczne, szalone, bardzo towarzyskie i lubiane przez rówieśników, a przy tym rozsądne i poukładane, wiedzą jak się zachować w każdej sytuacji, co i kiedy można albo należy zrobić lub powiedzieć.
Od czasu, gdy zostałam sama z dziećmi, musiałam przejąć pewne męskie cechy, stałam się ojcem i matką w jednym. Nauczyłam się być wymagającą, konsekwentną, surowszą. Ale kocham je nadal tak samo mocno, nadal jestem jak każda mama - czuła, troskliwa, opiekuńcza, uważna, pełna poświęcenia. I dlatego wkurza mnie, gdy czytając różne opinie "mądrych" na temat moich podopiecznych stykam się bardzo często ze stwierdzeniem, że demoralizacja dziecka pośrednio wynikła z samotnego macierzyństwa matki, braku ojca w domu. Ja wychowuję dzieci sama, ale to nie przełożyło się na ich "zepsucie". Może jestem wyjątkiem??
Moje dzieci wychowują się bez ojca od 8 lat, nawet rzadko go widują, bo wyprowadził się do innego miasta, oddalonego od naszego o setki km. Ojcostwo mojego Ex od jakiegoś czasu ogranicza się do płacenia alimentów, sporadycznych rozmów telefonicznych z dziećmi i spotkań z nimi raz na pół roku. Żal mi tych dzieci czasem. Teraz, gdy są już duże, a dwoje prawie dorosłych, twierdzą, że się już do tego przyzwyczaiły, ale czuję że tak naprawdę one maja chyba żal, czują się zepchnięte na dalszy plan. Ale niestety tak czasami jest, gdy rodzic mieszka daleko, a zwłaszcza gdy pojawia się nowa rodzina. Szkoda, że moje dzieci musiały osobiście się o tym przekonać.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz