Za nami cudowny weekend. Było dużo wolnego i piękna pogoda. Tym bardziej więc doceniam to, gdy teraz patrzę przez okno i widzę czarne chmury i powoli rozkręcający się deszcz. Będzie na pewno mokro i możliwe, że zimno. Już od paru dni obserwuję, coraz niższą temperaturę w domu wieczorami. Wzbraniam się przez włączeniem ogrzewania. Wczoraj programator pokazał 18.75. Ale o dziwno było znośnie. Pewnie to zasługa ciepłego słonecznego dnia i weekendu.
No właśnie a'propos weekendu. W piątek po pracy zajrzałam na chwilę na działkę. Zerwałam resztę jabłek, bo coraz mocniej spadały, a ponadto wiele z nich gniło mi już na drzewie, zarażając inne, sąsiednie.
W sobotę było cudownie: ciepło, słonecznie, lekki wietrzyk. Zorganizowałam grilla na działce, tak na pożegnanie lata. W końcu kalendarzowa jesień zaczęła się przecież dopiero parę dni temu. Pomyślałam, że być może to ostatnie nasze grillowanie w tym roku. W międzyczasie pieliłam, kosiłam, grabiłam, sprzątnęłam nieco altankę, zebrałam sporo jeżyn. Spędziłam na świeżym powietrzu 4 godziny. I tego właśnie mi było potrzeba. Myślę, że tego potrzeba wszystkim, którzy pracują po 8 godzin dziennie w budynku, a resztę dnia spędzają w domu. Wróciłam przyjemnie zmęczona i nawet senna. Szybki prysznic i wieczór w łóżku z książką. Za to w niedzielę relaks. Wypad nad morze dobrze nam zrobił, spacer po plaży, wędzona rybka, szum morza, dużo słońca, mało wiatru, było cudownie.
Ale weekend to też czas refleksji i przemyśleń. A wszystko za sprawą pewnego przypadkowego odkrycia. O tym, że marzy mi się domek, najlepiej z dala od wszystkiego i wśród dużej ilości zieleni, wiadomo było nie od dziś. Jakoś tak dotychczas utożsamiałam to marzenie z wiejskim domkiem. Ale nic konkretnego w tym celu nie poczyniłam. Aż do czwartku, gdy ze zwykłej ciekawości i kaprysu kliknęłam w otodom i wystukałam domy na sprzedaż w promieniu 20 km od mojego miasta. Oczywiście, przy weryfikacji ofert, głównym kryterium była cena. Oczywiście jak najniższa. Byle się nadawał do zamieszkania i miał spory kawałek ziemi. Dwie oferty "wpadły mi w oko". Jedna (choć domek pod względem bryły idealnie zgrany z moimi marzeniami) od razu się wykluczyła, bo do sprzedaży było 2/3 domu, a więc to oznaczałoby, że mieszkałabym w tym domu z kimś jeszcze. Mimo, że jestem układna, towarzyska, sympatyczna i zawsze ze wszystkimi dobrze się dogaduje, to jednak taka opcja odpada.
Druga oferta miała mniej atrakcyjny dom, ale za to pod lasem. Wow, bingo, super, pomyślałam. Już widziałam te kolory w moim przydomowym ogródku. Ale po euforii stopniowo umysł zaczął opanowywać rozsądek.
Zrobiłam bilans. Wkład własny - 0. Oszczędności - 0. Inna nieruchomość do spieniężenia - 0. Kredyt
- obecny. W dodatku wcale nie mały, bo wyremontowanie obecnego 80-metrowego mieszkania nie było tanie.
Obecne mieszkanie nie jest moją własnością, bo to przydział z miasta. Szansa na wykupienie pojawi się być może za dwa - trzy lata, o ile do tego czasu nie zmienią się przepisy. A nawet po wykupieniu też nie można od razu sprzedać. No i trochę się zaczęło komplikować.
Kolejny pomysł? Dobrać kredytu do tego co mam pod hipotekę kupowanego domu. Tylko co wtedy z obecnym mieszkaniem? Domu, kredytu i mieszkania nie dam rady utrzymać jednocześnie. Zrezygnować z mieszkania i tak po prostu oddać też szkoda, bo wpakowałam w nie sporo kasy i nikt mi tego nie odda. W dodatku tę inwestycję w mieszkanie czuję nadal, bo ten kredyt to właśnie na remont był wzięty. Tak źle i tak niedobrze.
Pomimo wątpliwości w niedzielny poranek wsiadłam w auto pojechałam do owej wsi zobaczyć jak to jest daleko i co to za dom. Nie ukrywam, że mijałam po drodze piękne okolice, a widoki lasów, łąk i pół zapierały dech w piersiach,. Przystanęłam raz nawet na poboczu, żeby nacieszyć oczy takim widokiem. Wieś z domem też fajna. Co prawda typowe zadupie i tzw. koniec świata, ale jak dla mnie może być. Standard życia mieszkańców bardzo zróżnicowany. Od bogatych wypasionych domów, nowocześnie wyposażonych gospodarstw, po biedne malutkie kurczące i sypiące się chałupki. Domku z oferty niestety nie znalazłam, a wstydziłam się zagadywać tubylców. Jedno więc jest pewne dom na pewno przy głównej drodze nie leży, ani też z brzegu żadnej bocznej odnogi. Czyli jest gdzieś w oddali od wsi, prawdopodobnie z dojazdem droga gruntową, albo i polną. Przeraziło mnie to na myśl o zimie i obfitych opadach śniegu oraz na myśl o wiosennych roztopach i błocie. A to co wprawiło mnie zupełne załamanie i zniechęcenie do pomysłu to czas dojazdu - ok. 30 min. Wieś niby w linii prostej oddalona jest od mojego miasta o ok. kilkanaście km, ale dojechać można tylko drogą dookoła, przez inne wioski, co dało w efekcie prawie 30 km. Przy codziennych dojazdach do i z pracy, to niestety za dużo.
Wróciłam podłamana, z przeświadczeniem, że nie mam szans na realizację marzeń. Lepsze technicznie i lokalizacyjnie położone domy przekraczają moje możliwości finansowe. Nawet jeśli jakikolwiek bank da mi duży kredyt to rata mnie zabije, bo umrę z głodu albo z zimna, bo już na opał i jedzenie może nie wystarczyć.
Zaczęłam więc intensywnie rozmyślać nad tym o co mi właściwie z tym domem chodzi. Chodzi o to, że dla mnie ważniejsze jest miejsce, w którym mieszkam od samego domu. Wszystko zaczęło się od przypadkowej propozycji zakupu cebulek krokusów na moją działkę. Już prawie je miałam, już leżały w zakupowym koszyku i... odłożyłam na miejsce, na półkę. No bo po co mam sadzić kwiaty, które kwitną pod koniec zimy?? A kto w lutym czy na początku marca jeździ na działkę, gdy wszędzie jeszcze ziemia zmarznięta?? Więc co z tego, że posadzę śliczne kolorowe kwiatki skoro nie będę miała okazji na nie popatrzeć. Co innego gdybym mieszkała w takim ogrodzie i mogła patrzeć na nie codziennie, choćby przez okno czy wracając z pracy. Czyli chodzi o ogród.
Zapytałam więc siebie: po co mi dom? Dom przecież jest do mieszkania. No ale ja w sumie mam gdzie mieszkać. Centrum miasta to wygoda. Jednak drażni mnie ciągły ruch uliczny, brak zieleni w najbliższym otoczeniu, stukający współlokatorzy, przekrzykujący się na podwórku sąsiedzi, tudzież inni mieszkańcy mojej ulicy. Od czasu do czasu potrzebuje nabrać dystansu, wyciszyć się, usłyszeć własne myśli, pobyć w miejscu gdzie nie ma, choć przez chwilę, żadnych dźwięków. Gdy jestem na działce jestem w zupełnie innym świecie. Samochodów i hałasu ulicznego brak, czasami wręcz nawet ludzi brak, bo w niektóre dni o poranku i późnym wieczorem nikogo tam nie było. Za to pod dostatkiem ciszy, motylków, ptaków, słońca i kilkaset metrów zieloności.
A gdyby tak połączyć życie w mieście, gdy pracuję, z weekendowymi i urlopowymi wypadami na łono natury? I wpadł mi do głowy pomysł.
Regulamin ROD pozwala na postawienie domku o maksymalnej powierzchni do 35 m2. A to już mała kawalerka. Wystarczy podciągnąć wodę, podłączyć prąd, zrobić toaletę, wstawić kominek lub kozę i może być nawet fajnie. Niestety taka inwestycja zabierze kawałek czegoś dla mnie najcenniejszego czyli ogrodu. Ale w sumie domek może być przecież mniejszy. To teraz pozostaje mi zgromadzić fundusze, znaleźć projekt, zacząć działać. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać. To teren, w którym nie mam żadnej orientacji, nawet z kompasem, ha ha ha. Ale jestem pełna optymizmu. Przede wszystkim dlatego, że wydaje mi się że taką inwestycję można realizować partiami. Jest gotówka - fundamenty. Kolejna kasa - ściany. Znów przypływ gotówki - wykończenie. Może moja nieznajomość tej branży pozwala mi naiwnie wierzyć, że to się uda??? Ale co tam, chwilo trwaj !!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz